„Mortal Kombat” było mi bliskie od zawsze. Prawdopodobnie dlatego, że kiedy zacząłem interesować się grami i dostałem swojego Pegazusa, tytuł ten był na ustach wszystkich. Co prawda głównie za sprawą programu „Escape” na Polonii 1 i czasopisma „Secret Service”, ale jednak! Dlatego też, teraz, słysząc, że seria zostaje reaktywowana i „wraca do korzeni”, bardzo się ucieszyłem. Miałem ogromne nadzieje, że po setkach nieudanych prób reanimacji marki wreszcie ukaże się produkt godny znamienitego loga ze smokiem. Doczekałem się.

Demo najnowszego „Mortal Kombat” (nieoficjalnie jest to „Mortal Kombat 9″) było dostępne dla użytkowników PlayStation Plus już jakiś czas temu. Dla zwykłych śmiertelników – dopiero od ostatniej środy. Dobrałem się do ważącej niespełna 600MB paczki niedawno, wiążąc duże nadzieje z produktem. Niewielki rozmiar nie nastrajał mnie dobrze, bałem się, że będzie dwoje zawodników i jedna plansza (niegdyś standard w demach). Na szczęście NetherRealm Studios upchnęło aż czworo postaci do wyboru (Scorpion, Johnny Cage, Milena i Sub-Zero) i dwie plansze (Living Forest i The Pit z możliwością wykonania stage fatality – o czym za chwilę).

Grę ozdabia przyjemne, ale i proste menu z animacją walki Scorpiona i Sub-Zero w tle. Demo zawęża wybór do podstawowego trybu „kampanii” dla jednego gracza i ustawień. Jak wcześniej powiedziałem, wybierać można spośród czterech znanych dobrze fanom postaci, przy czym ekran selekcji ukazuje jeszcze 24 puste pola (w tym dwa z napisem DLC). Po wyborze postaci pojawia się opcja sześciostopniowego poziomu trudności. Od razu miła niespodzianka – twórcy zachowali stary sposób prezentacji oponentów w formie drabinki.

Naturalnie to wszystko to tylko przedsmak i dodatek. Prawdziwe „mięsko” to system rozgrywki. Już po pierwszych sekundach widać, że to gra tworzona przez amerykanów. Postaci są wolniejsze i stąpają bardziej stanowczo, realistycznie, można powiedzieć, zupełnie inaczej, niż w produkcjach z Japonii. Kto pamięta, że Sagat jest jednym z najwolniejszych postaci w „Street Fighter IV”, zauważy że bohaterowie Smoczej Sagi poruszają się jeszcze wolniej. Ma to naturalnie swoje uzasadnienie, tu kroki są bardziej stonowane bo mają dawać poczucie pełnego skupienia i większego realizmu (vide ruchy sportach walki typu judo czy karate). Rozwinięcie tej koncepcji jest w ciosach, są również wolniejsze, wymierzane precyzyjnie i z wyraźną siłą. Fajnie zrobiona została animacja tychże – każde uderzenie poprzedzone jest niedużym odchyleniem – zebraniem siły – i dopiero po tym jest wyprowadzane.

Cały system walki jest zrobiony bardzo dobrze, ale na początku odrzuca – szczególnie kogoś takiego jak ja – na co dzień obcującego z flagową bijatyką Capcomu. Wspomniany wcześniej „realizm” wydaje się być przeszkodą, ale wystarczy kilka dobrze rozegranych rund, by odkryć urok rozwiązania. A ten leży w combosach. Możliwość łączenia uderzeń i tworzenia wiązanek odejmujących 40% energii życiowej przeciwnika bardzo cieszy, szczególnie że nie wymaga to długiej nauki, a juggle nieraz nasuwają się same (w przeciwieństwie do kosmicznych kombinacji z „Tekkena”). Do tego dochodzą ciosy specjalne, czyli te wszystkie fireballe i wyskoki, łańcuchy z dłoni i lodowe kule, które od dawna były jednym ze znaków serii. Warto tu zaznaczyć, że robienie ich nie wymaga kręcenia tzw. ćwierćkółek a jedynie wciśnięcia np. „tył dół i X”. Zda to egzamin na padach (sam gram na sticku), na których fani „Street Fightera” zawsze ścierali skórę z palców masując krzyżak DualShocka (jak sobie przypomnę te wielogodzinne sesje w „Alpha 3″…).

Nowością w serii są ciosy tzw. x-ray. Polegają one, po napełnieniu paska energii, na wciśnięciu dwóch przycisków, które odpalają coś na kształt super combo, tyle że brutalnego. Ale poważnie, nazywają się rentgenami nie dla zabawy. Wykonanie takiego uderzenia polega na pokazaniu dokładnie, co dzieje się ze szkieletem i wnętrznościami przy bardzo, bardzo mocnych ciosach. Autorzy chwalili się tym niuansem i nic dziwnego – poziom realizmu jest wysoki, kości łamią się „ładnie” a czaszka pęka nader prawdziwie. Naturalnie potem postać wstaje i nie przeszkadza jej popękany kręgosłup. Skoro już mówię o brutalności – fatality wróciły, pod względem kombinacji klawiszy – do starej szkoły. Cztery kierunki i jeden przycisk to miłe następstwo śmiesznych kombinacji z „Mortal Kombat 3″.

Brutalność w „Mortal Kombat” to tak naprawdę temat-rzeka. Wizytówka serii – wyrywanie tułowia wraz z kręgosłupem, urywanie głowy, spalanie żywcem – od zawsze budziły skrajne emocje. Jedni łapali się za głowy ze strachu, drugi z podniecenia. W dziewiątej odsłonie tego wszystkiego jest w nadmiarze. Dzięki bardzo dobrej grafice sceny zamrażania nóg i odrywania górnej części ciała a potem trzymania jej w powietrzu ze zwisającym przerażająco kręgosłupem rażą realizmem. Podobnie sprawa ma się ze wspomnianymi stage fatalities. W wersji demo dostępna jest tylko jedna plansza oferująca takie rozwiązanie – znana wszystkim fanom The Pit. Jest to nieduży most, stojący nad przepaścią wypełnioną sporymi kolcami. Nie trzeba za wiele myśleć, by dojść do wniosku że prędzej czy później jeden z wojowników nadzieje się na wystające pręty. Animacja jest bardzo szczegółowa, do tego stopnia że postać nadziewa się, traci wątrobę i osuwa się jeszcze niżej, dodatkowo drgając. Warto również zwrócić uwagę na coś naprawdę super – na uszkodzenia ciał postaci w trakcie walki. Co prawda są przesadzone (po jednym czy dwóch uderzeniach widać kości), ale są – i to jest świetne.

Na koniec zostawiłem oprawę. Ta jest bardzo, bardzo dobra, postaci są wykonane bardzo szczegółowo, są dopracowane zarówno pod względem wyglądu jak i animacji. Tak samo te dwie (i patrząc na trailer pod koniec dema – także pozostałe) areny – świetne animowane tła robią duże wrażenie. Dźwięk również jest bez zarzutu – głuche odgłosy łamiących się kości, bitych mięśni, pojękiwania i w końcu krzyki konających naprawdę działają na wyobraźnię.

Po graniu w demo przez kilka dni jestem nastawiony bardzo, bardzo pozytywnie. Jeżeli twórcy zapewnią dobry tryb sieciowy i zachęcą do przechodzenia „kampanii” różnymi postaciami, zapowiada się pierwszy prawdziwy „Mortal Kombat” od ponad dziesięciu lat.