Dobrze, że ten film ukazał się w 1990 roku. Bo nawet dwa lata później już nie miałby takiej siły rażenia, choćby dlatego że od pamiętnego roku 1989 ludzie po prostu by ostygli. Na szczęście Wojciech Marczewski pospieszył się i zaraz po upadku komunizmu zrealizował swój najważniejszy film.

„Ucieczka z kina „Wolność”” opowiada w dużej mierze o wolności i jej granicy. O tym, czy ważniejsza jest możliwość zarobku czy samorealizacji i spełnienia artystycznego. Naturalnie na takie pytania nie ma jednoznacznej odpowiedzi, szczególnie dzisiaj, niemniej jednak, warto o tym pomyśleć. Trzeba też zauważyć, jak na decyzję wpływa otoczenie i sytuacja materialna. Osoba nie mająca żadnych zobowiązań finansowych śmiało mówi „wolność”, człowiek który utrzymuje dom (choćby i zamieszkały tylko przez niego) z zawahaniem i wstydem odpiera „zarobek”.

Takim właśnie człowiekiem jest bohater filmu, Rabkiewicz, dziś cenzor, dawniej poeta, krytyk teatralny, artysta. Jest w swojej pracy bardzo stanowczy i rzetelny, chociaż fakt swojego, niejako, złamania przypłacił utratą rodziny i zgorzknieniem. Jego zwyczajny dzień w pracy przerywa informacja, że kobieta z kuratorium informuje jakoby aktorzy, podczas projekcji filmu, przestali grać swoje role, zbuntowali się a i dyrektor kina zaczął śpiewać arię operową.

Moja reakcja na ten fakt była podobna jak głównego bohatera. „Co?”. Jednak po przybyciu na miejsce i obejrzeniu kilku minut taśmy – faktycznie, aktorzy buntują się, wchodzą ze sobą w kłótnie, ukazują irytację swoimi miernymi dialogami i rolami, pada nawet opinia, że dziś w kinie śmierć człowieka to nic wielkiego (dobrze to przewidział Marczewski, teraz filmy akcji inkasują dziesiątki trupów każdy). Prawdziwy szok następuje jednak chwilę później, kiedy to „bohaterowie” zaczynają rozmowę z widzami.

Rabkiewicz, zaintrygowany sytuacją, przebywa w kinie coraz częściej, oglądając jedną i tę samą taśmę, na której jednak, zawsze jest coś innego. Właściwie, wyświetlany „film” można porównać do reality show – ludzie tam żyją swoim życiem, kłócą się, godzą, denerwują nawzajem. Ale dopiero kiedy pojawia się widz, mogą naprawdę pokazać swoją wartość. Tak właśnie robi aktorka grająca Małgorzatę, dziękując cenzorowi za przychylną recenzję przed laty a następnie rozmawiając z nim nie jak z bezwzględnym cenzorem, ale jak z człowiekiem.

Bardzo dobra, interesująca i wciągająca historia to duży, choć nie jedyny atut „Ucieczki…”. Kolejnymi są świetnie dobrani aktorzy. Janusz Gajos jako Rabkiewicz dobitnie pokazuje zniszczonego niezgodą z samym sobą człowieka a Zbigniew Zamachowski bardzo udanie portretuje prawie każdego asystenta w ówczesnych urzędach państwowych – osobę przypadkową, niezbyt wiedzącą co tak naprawdę robi, sterowaną przez zwierzchników. Do tego świetny Piotr Fronczewski jako karykaturalna twarz upadającej partii i Teresa Marczewska w roli wspomnianej Małgorzaty. Warto również nadmienić dobrą reżyserię (jednak bardzo wyraźnie widać tu konkretny nurt schyłku lat 80-tych i początku 90-tych w polskim kinie) i muzykę Koniecznego, uzupełnioną świetnym „Requiem” Mozarta.

„Ucieczka z kina „Wolność”” to ważny film w aspekcie historycznym – pokazuje, jak działał urząd cenzury, jakie konsekwencje miały akcje, ale i jak karykaturalny był. Porusza też inne kwestie, jak choćby wspomnianej wolności, wyboru między nią a materialnością. W końcu dotyka rzeczy pomijanej – tego, co dzieje się z bohaterami, których cenzorzy wykreślili kompletnie bądź spłycili. Zdecydowanie polecam.