The Feelies „Crazy Rhythms“

Tomek — 05.03.2011 — MuzykaKomentarze (0) — Tagi: ,

Kiedy post-punk się zaczął? Koń­cówka lat 70-tych, głów­nie za sprawą depre­syj­nych Joy Division, The Cure, Bau­haus. I, wła­ści­wie, jak szybko urósł, tak i znik­nął, bo wyparły go wesel­sze, bar­dziej dyna­miczne formy muzyczne roz­po­czy­na­jące ostat­nie dzie­się­cio­le­cie XX wieku.

Ładu­nek jaki zrzu­cili wspo­mniani Joy Divi­sion na słu­cha­czy gatunku prak­tycz­nie zamknął jego innych wyko­naw­ców w oddziel­nym, małym pokoju i tylko nie­liczni prze­do­stali się, przez nie­do­mknięte drzwi, do salonu. Nie udało się, to nie­stety, zespo­łowi The Feelies, któ­rego debiu­tancki album, zawie­ra­jący jedy­nie osiem autor­skich kom­po­zy­cji i jeden cover, jest jed­nym z więk­szych doko­nań post-punku, nie stro­niąc przy oka­zji od eks­pe­ry­men­tów toż­sa­mych z tuzami pro­gre­syw­nych dźwięków.

Słu­cha­jąc „Sza­lo­nych ryt­mów“ pierw­szy raz, łatwo odnieść wra­że­nie, że płyta jest nudna i prze­ciąga się. Jed­nak już wtedy arty­ści sieją w słu­cha­czu ziarno zain­try­go­wa­nia, które wraz z kolej­nymi podej­ściami kieł­kuje agre­syw­nie. Natu­ral­nie, to odczu­cie towa­rzy­szące począt­kowi ma swoje pod­łoże w fak­tach, bo cisza jest tutaj zna­mienna pra­wie tak samo, jak w pra­cach mini­ma­li­stów. Przej­ścia mię­dzy utwo­rami, ich początki i zakoń­cze­nia — to wszystko zwia­stuje stop­niowa utrata (bądź pozy­ska­nie) gło­śno­ści. Ale nie tylko. Na przy­kład utwór „For­ces at Work“ przez dwie minuty jest bar­dzo spo­koj­nym, cichym kawał­kiem zala­tu­ją­cym nawet ślama­zar­nym drone’m, tylko po to, by zaraz przejść w szybki i ener­giczny kon­cert gitary elek­trycz­nej, baso­wej i per­ku­sji z lek­kimi domiesz­kami wokalu i iść tak, ewo­lu­ując ryt­micz­nie, przez ponad pięć minut a na końcu znów wle­cieć, deli­kat­nie i powoli, w dźwię­kową pustkę.

Takimi inte­re­su­ją­cymi utwo­rami „Crazy Rhy­thms“ stoi. Stoi i to bar­dzo mocno, żonglu­jąc raz powol­nym, zakra­wa­ją­cym o depre­sję i zwąt­pie­nie brzmie­niem, a raz weso­łym, iście sza­lo­nym ryt­mem dopra­wio­nym dwoma wokalistami.

Wspo­mnia­łem na początku o eks­pe­ry­men­tach. Są! Natu­ral­nie, są i to bar­dzo zna­czące, bo, przy­znać trzeba, mało kto wyko­rzy­sty­wał wtedy papier ścierny, buty i pudła (mię­dzy innymi) jako instru­menty per­ku­syjne. Nie powiem, by to wszystko było dokład­nie sły­chać i dawało się wyła­pać, ale nie­wąt­pli­wie, w wielu momen­tach, nie­trudno się prze­ko­nać że sły­szymy coś innego, niż zwy­kły zestaw bęb­nów i tale­rzy. Szcze­gól­nie warto zwró­cić tu uwagę na cover Beatle­sów „Everybody’s Got Some­thing to Hide (Except Me and My Mon­key)“, na któ­rym zna­leźć można praw­dziwy kalej­do­skop dźwię­ków wywo­ły­wa­nych uderzeniami.

Kolej­nym cie­ka­wym, rzu­ca­ją­cym się w ucho zabie­giem jest czy­stość gitary. Byłem dość cie­kawy jak to zro­bili, więc skie­ro­wa­łem kliki na arty­kuł z Wiki­pe­dii i dowie­dzia­łem się, że instru­ment został pod­pięty… bez­po­śred­nio do kon­soli. Patent cie­kawy, nie­spo­ty­kany, ale dający inte­re­su­jący rezultat.

Brak popu­lar­no­ści zespołu odbił się na nich samych, ponie­waż „Crazy Rhy­thms“ jest jedyną płytą arty­stów wartą zain­te­re­so­wa­nia. Nie wiem, czy ewen­tu­alna aten­cja pomo­głaby im roz­wi­nąć się jesz­cze bar­dziej, ale tak czy ina­czej, „Crazy Rhy­thms“ jest jedną z waż­niej­szych płyt post-punkowych a także świet­nym albu­mem wyprze­dza­ją­cym w kilku aspek­tach swoją epokę.

  • 8 / 10

Dodaj komentarz