Kiedy post-punk się zaczął? Końcówka lat 70-tych, głównie za sprawą depresyjnych Joy Division, The Cure, Bauhaus. I, właściwie, jak szybko urósł, tak i zniknął, bo wyparły go weselsze, bardziej dynamiczne formy muzyczne rozpoczynające ostatnie dziesięciolecie XX wieku.

Ładunek jaki zrzucili wspomniani Joy Division na słuchaczy gatunku praktycznie zamknął jego innych wykonawców w oddzielnym, małym pokoju i tylko nieliczni przedostali się, przez niedomknięte drzwi, do salonu. Nie udało się, to niestety, zespołowi The Feelies, którego debiutancki album, zawierający jedynie osiem autorskich kompozycji i jeden cover, jest jednym z większych dokonań post-punku, nie stroniąc przy okazji od eksperymentów tożsamych z tuzami progresywnych dźwięków.

Słuchając „Szalonych rytmów” pierwszy raz, łatwo odnieść wrażenie, że płyta jest nudna i przeciąga się. Jednak już wtedy artyści sieją w słuchaczu ziarno zaintrygowania, które wraz z kolejnymi podejściami kiełkuje agresywnie. Naturalnie, to odczucie towarzyszące początkowi ma swoje podłoże w faktach, bo cisza jest tutaj znamienna prawie tak samo, jak w pracach minimalistów. Przejścia między utworami, ich początki i zakończenia – to wszystko zwiastuje stopniowa utrata (bądź pozyskanie) głośności. Ale nie tylko. Na przykład utwór „Forces at Work” przez dwie minuty jest bardzo spokojnym, cichym kawałkiem zalatującym nawet ślamazarnym drone’m, tylko po to, by zaraz przejść w szybki i energiczny koncert gitary elektrycznej, basowej i perkusji z lekkimi domieszkami wokalu i iść tak, ewoluując rytmicznie, przez ponad pięć minut a na końcu znów wlecieć, delikatnie i powoli, w dźwiękową pustkę.

Takimi interesującymi utworami „Crazy Rhythms” stoi. Stoi i to bardzo mocno, żonglując raz powolnym, zakrawającym o depresję i zwątpienie brzmieniem, a raz wesołym, iście szalonym rytmem doprawionym  dwoma wokalistami.

Wspomniałem na początku o eksperymentach. Są! Naturalnie, są i to bardzo znaczące, bo, przyznać trzeba, mało kto wykorzystywał wtedy papier ścierny, buty i pudła (między innymi) jako instrumenty perkusyjne. Nie powiem, by to wszystko było dokładnie słychać i dawało się wyłapać, ale niewątpliwie, w wielu momentach, nietrudno się przekonać że słyszymy coś innego, niż zwykły zestaw bębnów i talerzy. Szczególnie warto zwrócić tu uwagę na cover Beatlesów „Everybody’s Got Something to Hide (Except Me and My Monkey)”, na którym znaleźć można prawdziwy kalejdoskop dźwięków wywoływanych uderzeniami.

Kolejnym ciekawym, rzucającym się w ucho zabiegiem jest czystość gitary. Byłem dość ciekawy jak to zrobili, więc skierowałem kliki na artykuł z Wikipedii i dowiedziałem się, że instrument został podpięty… bezpośrednio do konsoli. Patent ciekawy, niespotykany, ale dający interesujący rezultat.

Brak popularności zespołu odbił się na nich samych, ponieważ „Crazy Rhythms” jest jedyną płytą artystów wartą zainteresowania. Nie wiem, czy ewentualna atencja pomogłaby im rozwinąć się jeszcze bardziej, ale tak czy inaczej, „Crazy Rhythms” jest jedną z ważniejszych płyt post-punkowych a także świetnym albumem wyprzedzającym w kilku aspektach swoją epokę.