Gdybym rozumiał logikę, powiedziałbym że ta płyta to oczywiste następstwo „In Rainbows”. Gdybym analizował fakty, powiedziałbym że ta płyta to oczywisty wynik eksperymentów na „These Are My Twisted Words”. Gdybym czytał recenzje „The King of Limbs”, nic bym nie powiedział, bo zastanawiałbym się, jak im się udało.

Ten album jest dziwnym zjawiskiem, niby niespodziewanym, ale jednak – czego można oczekiwać od zespołu, który czasem lubi pobawić się w rewolucjonizowanie muzyki od strony artystycznej i praktycznej? Ja na przykład nie spodziewałem się, że w piątek, osiemnastego lutego dwatysiącejedenastegoroku przeczytam, że nowa płyta Radiohead jest. Patrząc na liczbę utworów – osiem – myślałem w pierwszej chwili, że to EP. Dopiero czas trwania – trzydzieści siedem i pół minuty – przekonał mnie, że to longplay. I znowu. Ale na pewno, dziś? No, dziś.

Pierwszy odsłuch, mający miejsce zaraz po wyjściu z domu gdzieś koło dziewiątej wieczór, był szokujący. Wiedziałem, że potrafią eksperymentować, że lubią bawić się dźwiękiem, a Yorke nie potrafi czytać nut i chce komputer, ale już na „Bloom” słychać, że sprzęt który lubi jak się klika jest na piedestale. Wszystko jest takie. Takie dziwne. Bardziej przypomina „The Eraser”, ale surowsze, zimniejsze. Kolejne utwory nie pomogły mi w otrząśnięciu się z uczucia szoku, wychodziły tylko. Spodziewane a niespodzianki.

Przesłuchałem całą płytę, po drodze zwiedzając okolice mojego bloku. W prawo, w lewo, w prawo, w prawo, w prawo, w prawo, w prawo, w prawo, w prawo. Wróciłem do domu i nie wiedziałem kompletnie, jaki jest ten album. Jeszcze dwa razy i spać. No to jeszcze raz. Sobota? To jeszcze. Dalej nie wiem. Co, druga? Sobota. Jeszcze, jeszcze. Nie wiem.

Nie wiem, kiedy zacząłem rozróżniać moje oczekiwania i nadzieje od tego, jaki ten album jest. Nie w piątek, nie w sobotę. Nie w niedzielę? W poniedziałek nie słuchałem go wcale. We wtorek? Ciekawe, bo w ogóle nie czekałem na nowe Radiohead. Nie myślałem „kiedy wyjdzie ich nowa płyta”. Słuchałem sobie ich poprzednich dokonań robiąc z nich ścieżkę dźwiękową do rzeczy i. Nagle – „The King of Limbs”. Tytuł fajny. Tak? Tak. Dopiero kiedy znalazłem na dysku poczciwe zawiniątko zacząłem wysnuwać teorie, chęci, „może…”, „mam nadzieję, że…”. Nadrobiłem cztery lata rozmyślań w cztery godziny. Rozsądnie. Niedawno nadrobiłem pięć lat braku kontaktu w trzygodzinną rozmowę.

Bardzo chciałbym potrafić, jak ci wszyscy ludzie, ocenić tę płytę tak od razu, po kilku, czy nawet jednym odsłuchu. Widziałem, że recenzje ukazywały się co chwilę. Odśwież. O, jest. Odśwież. Znowu jest. Nie wiem, czy to moja sympatia do zespołu, czy zawalenie głowy różnymi sprawami tak mnie otumaniło, ale myślę że dopiero po kilku solidnych odsłuchach (solidnych w sensie „siedzę i nic nie robię, tylko słucham, analizuję, myślę”) rozłożonych na kilka dni dałem radę wydobyć z krążka coś, co daje się jakkolwiek rozsądnie przyjmować. Racjonalnie, tak. Bo przyjmować tak w ogóle, da się od razu. Mimo eksperymentów z muzyką i poniekąd wokalem, efektami i echami, Radiohead nadal są przystępni. Ale przystępność a przystępność.

Z każdym kolejnym przejściem suwaka symbolizującego trwanie utworu można usłyszeć coś innego. Raz – dziwne bity. Dwa – metrum? Żarty. Trzy – wokal, dziwny, też. Taki niby Thom a jakby nie Thom. Cztery – teksty. Może, dla pewności, LyricWiki. Jak ta koperta Leopolda. Można ją przecież poskładać, posklejać. Tutaj też można wszystkie rozsypane w głowie fakty i urywki. Można je przecież poskładać, posklejać. Krystalizacja.

Wydawało mi się, że „The King of Limbs” nie ma zbytniego sensu, że to kaprys, zimny i stanowczy kaprys. Ta, jasne.

Wydaje mi się, że „The King of Limbs” jest przemyślanym symbolem ewolucji, słodko-gorzki i stanowczy progres. No jasne.

Ta płyta jest świetna! Nie wiem kiedy zmieniłem znak zapytania na wykrzyknik, ale zrobiłem to. I nie zamierzam zmieniać znów. Szkoda tylko, że okładka taka sobie. Może wymaga tyle samo czasu, co materiał, który ozdabia?

Dziwność ekscytuje, ciekawi, zachęca. Wyzywa na pojedynek. Wygrałem, przegrałem, dałem się nabrać? Udało mi się?

Brakuje mi tu czegoś. Chciałbym, żeby dorzucili tak ze trzy. Może zrobią jak ostatnio. A może nie. Ostatnie co ich interesuje to robienie tego, czego się oczekuje.