Miałem ten tekst zacząć krótkim wywodem o zeszłorocznym szumie wokół reżysera, ale, w sumie, po co? Przecież każdy wie co się działo, a jak nie wie, to pewnie go to nie obchodziło. Faktem jest, że 2010 to także rok w którym Polański stworzył jeden z lepszych thrillerów ostatnich lat, udowadniając przy okazji wszystkim niedowiarkom, że wcale nie „stracił kłów”. Może tylko przez jakiś czas mniej je eksponował.

„The Ghost Writer” opowiada o tytułowym Duchu, człowieku który zarabia na życie pisząc książki, pod którymi podpisuje się ktoś inny. Za namową swojego agenta i przyjaciela, zgadza się napisać wspomnienia byłego premiera Wielkiej Brytanii – Adama Langa. Powód poszukiwania nowego autora jest jednak niepokojący, bo poprzedni zginął w dziwnych okolicznościach, jednak oficjalnie uznano to za samobójstwo. Bohater skuszony dobrą ceną podpisuje kontrakt i leci do prywatnej willi polityka, by pracować nad biografią. Pech chciał, że sprawa wydania książki splotła się z oskarżeniami Langa o zbrodnie wojenne.

Film od praktycznie pierwszych minut przytłacza ciężkim, dusznym można powiedzieć, klimatem, znanym fanom Polańskiego. Już pierwsze rozmowy sugerują, że „coś tu nie gra”, a kolejne sceny (w dużej mierze dzięki świetnym zdjęciom i reżyserii) tylko potwierdzają obawy. Dodatkowo intryguje fakt, że bohater albo tego nie dostrzega, albo stara się tego nie robić. Jego podejrzenia budzi dopiero znalezienie w rzeczach zmarłego kolegi po fachu pewnych dokumentów i zdjęć mogących sugerować, że wszystko co do tej pory premier powiedział i robił, było zgrabną mistyfikacją.

Po tym wydarzeniu sprawa zaczyna biec coraz szybciej. Co najlepsze, obawy, wątpliwości i lęk bohatera udziela się widzowi bardzo mocno, do tego stopnia, że w pewnym momencie podczas seansu wyczuwalny jest dyskomfort, chociaż przyjemny (bo kontrolowany, można przecież wyłączyć film w każdej chwili) to jednak ciążący. Dużą w tym zasługę mają świetne zdjęcia Pawła Edelmana i świetna reżyseria. Również scenariusz nie pozostawia wiele do życzenia, nie ma dłużyzn, a każda scena ma coś wspólnego z biegnącą historią, każda może okazać się kluczowa w późniejszym rozrachunku, każda wymaga skupienia i uwagi. Bardzo zgrabnie uniknięto popadnięcia w sztampę. Pojawiające się postaci wywołują niepewność, jednak nie taką, jak w znacznej większości obecnych produkcji. Ciężaru dodaje również muzyka Alexandre’a Desplat’a, pojawiająca się rzadko, ale kiedy już to robi, nie daje się ignorować, jednocześnie nie walcząc z fabułą o uwagę, a dopełniając ją jedynie.

Na osobny akapit zasłużyła obsada. Evan McGregor, ten aktor, mimo że wielokrotnie pokazywał swój kunszt, dalej potrafi mnie zaskoczyć. Jego Duch to postać z krwi i kości, zwyczajny mężczyzna, żaden bohater obchodzący się z bronią jak z widelcem czy prowadzący samochody niczym kierowcy WRC. Świetnie współgra z nim Olivia Williams portretująca żonę Langa. Stanowcza, zdecydowana kobieta niewątpliwie fascynuje swoją osobą nie tylko postać Ducha, ale także i widownię. Również Brosnan, znany większości widowni z ról Jamesa Bonda, wypada bardzo dobrze w roli zgoła innej, niż Agenta Jej Królewskiej Mości (ale dlaczego innej – tego nie zdradzę).

Roman Polański ze swoim „The Ghost Writer” niewątpliwie wrócił na szczyt i odkurzył swój fotel w loży mistrzów ciężkiego kina. Mam gorącą nadzieję, że tym razem zechce posiedzieć na nim jeszcze chwilę i uraczyć fanów kina jeszcze niejednym dziełem tego kalibru.