Facebook. Każdy zna ten przeklęty serwis. I nie mówię tego z jakiejś dziwnej ideologicznej niechęci. Nie lubię „fejsa” głównie dlatego, że stał się drugim domem dla całego świata. Praktycznie wszystko się tam załatwia, czy to sprawy uczelni („wywieszę państwu ogłoszenie na fejsbuku”) czy prywatne („napiszę ci na fejsbuku”). Ludzie używają go do (auto-)promocji, socjalizacji, gier, wszystkiego, wszystkiego do czego kiedyś używali… świata zewnętrznego.

Ale mi się Matrix zrobił. Nie no, Facebook nie jest aż taki straszny, po prostu nie lubię wchodzić tam żeby przeczytać coś, co można powiedzieć stojąc naprzeciwko kogoś.

Więc, Facebook to, ni mniej ni więcej, tylko drugi świat? Praktycznie rzecz biorąc – tak. I idąc tym praktycznym torem – ktoś musiał to wymyślić, napisać, zainwestować. No i profit. Tym kolesiem, w dużym skrócie i skondensowaniu, jest Matt Zuckenberg. To o nim opowiada „The Social Network”. O nim, o jego drodze do wielkości, ale także o konsekwencjach czynów, doborze znajomych i realizowaniu wizji.

„The Social Network” zaczyna się sceną kłótni i zerwania Marka i jego dziewczyny. Chłopak, przepełniony żalem i połową szklanki piwa pędzi do akademika, by dobić się jeszcze jedną butelką i napisać na blogu kilka nieprzychylnych byłej już partnerce rzeczy. W międzyczasie prosi kolegę, Eduardo, o użyczenie algorytmu i uruchamia stronę FaceMash, na której odwiedzający mogą oceniać, która dziewczyna jest ładniejsza. Ilość odsłon przekracza najśmielsze oczekiwania wszystkich, a samego Marka mobilizuje do stworzenia czegoś większego.

Zuckenberg jest przedstawiony jako cyniczny, przemądrzały i zachłanny (nie wiem, w jakim stopniu pokrywa się to z prawdą, ale sądząc po tym, że film jest oparty na książce, która z kolei jest oparta na faktach, zakładam że w sporym). Nie waha się ukraść pomysł, w tym samym czasie zwodząc znajomych którzy mu zaufali. Ale przedstawiona jest też druga twarz Marka – chłopaka zagubionego w relacjach społecznych, naiwnego i dającego się łatwo zmanipulować.

Film złożony jest z retrospekcji przytaczanych podczas dwóch rozpraw, których pozwanym jest główny bohater, a sama ich treść stanowi niejako łącznik między scenami i komentarz do następujących wydarzeń. W międzyczasie przewijają się też sceny nie związane bezpośrednio z Markiem, ale wydarzenia zeń mają później na niego jakiś wpływ.

Teoretycznie w kwestii historii nie ma się do czego przyczepić, bo w sumie to nie jest wina twórców, że losy powstania Facebooka nie są aż tak fascynujące, jak mogłoby się wydawać. Są za to, niestety, dość przewidywalne. Może to dowodzi, że świat jednak jest rządzony mniejszymi lub większymi wzorami? Nie wiem, w każdym jednak razie te dwie godziny pod względem fabularnym nie wstrząsają, przynajmniej mną.

Szkoda także, że David Fincher stracił kły. Znowu – nie można zarzucić nic konkretnego, jednak po tym nazwisku (i po zaznajomieniu się z poprzednimi dziełami) oczekiwałem dużo więcej. W tej chwili wygląda na to, że Amerykaninowi chodziło o zrobienie po prostu kolejnego filmu biograficznego z ruchliwym tematem w tle.

Dobra jest za to muzyka. Reznor i Ross naprawdę pokazali klasę. Ale może mówię to dlatego, że „Ghosts” Nine Inch Nails bardzo mi się podoba(-ło), a tutaj jest sporo podobieństw. Ponadto, podkład wchodzi w dobrych momentach, nie narzuca się, lecz jest wyczuwalny cały czas. Jedna z lepszych stron całego dzieła.

A i jeszcze aktorzy. Eisenberg, główna rola, to bardzo dobry portret człowieka, którego nigdy nie słyszało się prywatnie. W biografiach to jest zawsze problem, bo w jakim stopniu rola jest symulakrą a w jakim realnym odtworzeniem. Tak samo, naturalnie, sprawa ma się z innymi postaciami.  Na szczęście do samego aktorstwa nie mam zastrzeżeń, nawet Timberlake (swoją drogą, postarzał się), za którym nie przepadam, dał radę dość dobrze.

Reasumując, film jest niezły, ale nie bardzo dobry. Może wypełnić dwie godziny wieczoru, ale nie oczekujcie, że spowoduje lawinę rozmyślań i refleksji. A szkoda.

  • http://warstwy.com Adam Majchrzak

    Nie widziałem tego filmu i raczej go nie zobaczę. Napisano już o nim tyle, że tym razem wiem o czym piszesz, zupełnie jakbym ten film zobaczył.

    Nie przepadam za fejsem, chociaż pięknie ten serwis nazwałeś „drugim domem”. Spostrzeżenie jest celne. Bo FB ma tylu użytkowników, że… praktycznie jest to drugi świat, świat wirtualny. (i pusty)

    Chociaż konto na FB posiadam, to nie czuję się jego częścią. Serwis nie funduje mi doznań, nic ciekawego w moje życie nie wnosi. Dużo dużo więcej daje mi Twitter.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Film jest tak boleśnie schematyczny, że praktycznie każdy, kto odwiedza kino średnio kilka razy do roku, odnajdzie w nim masę podobieństw w fabule.

    A sam fejs. Mam tam konto, sześcioro znajomych, dodaję czasem jakieś teledyski na Tablicy. Myślę o tym koncie bardziej jako o przyszłym środku promocji, jeżeli będę takowej potrzebował, niżeli miejscu do komunikowania się z ludźmi. Mam dwie osoby w życiu, z którymi rozmawiam. Jednej nigdy nawet nie spotkałem. GG, telefon i świat realny wystarczają mi w zupełności. Tomek sztywny i nudny jak zwykle.