Dark City“

Tomek — 31.01.2011 — FilmKomentarze (0) — Tagi: ,

Bar­dzo lubię kli­mat neo-noir, ba, można uznać, że za nim prze­pa­dam, mimo że w kinie daw­ko­wany jest nader rzadko. Lubuję się też w stre­am­punku (do któ­rego rów­nież nie mam szczę­ścia) i w thril­le­rach. Dla­tego wła­śnie zachwa­lany wszę­dzie film „Dark City” wydał mi się bar­dzo inte­re­su­jący. Szkoda, że znowu się zawiodłem.

Histo­ria sku­pia się głów­nie na męż­czyź­nie – Joh­nie Mur­docku, który jest podej­rzany o kilka bru­tal­nych mor­derstw, jed­nak sam niczego nie pamięta. Ba, budzi się w wan­nie w obskur­nym hotelu tylko po to, by zna­leźć kolejną „ofiarę” i dostać tele­fon od nie­ja­kiego dok­tora Schre­bera, który twier­dzi że może mu pomóc i że musi natych­miast ucie­kać. Fak­tycz­nie, powód do ucieczki jest poważny – trzech groź­nie wyglą­da­ją­cych męż­czyzn, któ­rzy naj­wy­raź­niej chcą go zabić. Na domiar złego do sprawy zabójstw zostaje przy­dzie­lony nowy śled­czy – Frank Bum­stead, który za wszelką cenę chce roz­wią­zać skom­pli­ko­waną zagadkę.

Z początku może się wyda­wać, że osią całego filmu jest wspo­mniany już Mur­dock i jego próba oczysz­cze­nia się z zarzu­tów. Na szczę­ście sce­na­rzy­ści posta­no­wili tro­chę ubar­wić całość i wspo­mniani trzej męż­czyźni są czę­ścią więk­szej machiny. A Johna fak­tycz­nie chcą zabić, jed­nak z jakiego powodu – nie zdradzę.

Fabuła wydaje się być cie­kawa. Nie­stety, klu­czo­wym sło­wem jest „wydaje się”, bo tak naprawdę cią­gnie się nie­mi­ło­sier­nie i ma kilka znacz­nej wiel­ko­ści luk. Nie­stety, film stara się być czymś wię­cej niż jest, przez co cierpi. Trwa nie­spełna dwie godziny a ilość pomy­słów (róż­nej jako­ści zresztą) wystar­czy­łaby na co naj­mniej jeden sezon serialu. I może to byłaby lep­sza decy­zja, bo trak­to­wa­nie po maco­szemu więk­szo­ści wąt­ków to zbrod­nia, którą twórcy filmu popeł­niają kon­se­kwent­nie od początku do końca projekcji.

Warto wspo­mnieć o opra­wie wizu­al­nej filmu. Widać w niej dwie rze­czy – dużo wpom­po­wa­nych pie­nię­dzy i… prze­sadę. Sty­li­za­cja w stylu neo-noir z ele­men­tami ste­am­punka jest zabie­giem bar­dzo trud­nym, bo prze­do­brzyć jest bar­dzo łatwo. I nie­stety, tak wła­śnie stało się w tym przy­padku. Natłok ele­men­tów które mają budo­wać kli­mat tak naprawdę go nisz­czą bo wydają się być bar­dzo sztuczne (i to nie w dobrym tego słowa zna­cze­niu, tj. tym zgod­nym z fabułą). Szkoda.

Godną odno­to­wa­nia rze­czą jest rola Wil­la­mia Hurta. Bar­dzo lubię tego aktora, a w tym fil­mie zagrał nad wyraz dobrze. Dorów­nuje mu Kie­fer Suther­land, mający tu chyba jedną ze swo­ich lep­szych kre­acji. Postać nie do końca tak czar­no­biała jak mogłoby się wyda­wać, lekko zner­wi­co­wany psy­chia­tra w jego wyko­na­niu to świetne wido­wi­sko. Nie­stety nie można tego powie­dzieć o resz­cie obsady – Rufus Sewell nie oddaje w ani w poło­wie tego, co powi­nien czuć czło­wiek w jego poło­że­niu a Jen­ni­fer Con­nelly gra prak­tycz­nie jedną miną i pozą. Wymie­nieni na początku tek­stu „męż­czyźni” cho­dzący zawsze w czar­nych skó­rza­nych płasz­czach i kape­lu­szach miast stra­szyć wyglą­dają nie­stety komicz­nie, z jed­nej strony przez lek­kie „prze­lo­bo­wa­nie” swo­ich ról a z dru­giej przez dość zabawny make-up.

Ogól­nie film nie jest taki naj­gor­szy, wiele ele­men­tów z niego poja­wia się na przy­kład w „Matrik­sie” poka­za­nym rok póź­niej. Nie­stety nie zmie­nia to faktu, że przez więk­szość czasu z ekranu wylewa się sroga nuda, któ­rej nie pomaga ani drę­twy Sewell, ani prze­sadna sty­li­za­cja oto­cze­nia, ani nawet cał­kiem nie­zła muzyka Tre­vora Jonesa.

  • 4 / 10

Dodaj komentarz