„Dark City”

Bardzo lubię klimat neo-noir, ba, można uznać, że za nim przepadam, mimo że w kinie dawkowany jest nader rzadko. Lubuję się też w streampunku (do którego również nie mam szczęścia) i w thrillerach. Dlatego właśnie zachwalany wszędzie film „Dark City” wydał mi się bardzo interesujący. Szkoda, że znowu się zawiodłem.

Historia skupia się głównie na mężczyźnie – Johnie Murdocku, który jest podejrzany o kilka brutalnych morderstw, jednak sam niczego nie pamięta. Ba, budzi się w wannie w obskurnym hotelu tylko po to, by znaleźć kolejną „ofiarę” i dostać telefon od niejakiego doktora Schrebera, który twierdzi że może mu pomóc i że musi natychmiast uciekać. Faktycznie, powód do ucieczki jest poważny – trzech groźnie wyglądających mężczyzn, którzy najwyraźniej chcą go zabić. Na domiar złego do sprawy zabójstw zostaje przydzielony nowy śledczy – Frank Bumstead, który za wszelką cenę chce rozwiązać skomplikowaną zagadkę.

Z początku może się wydawać, że osią całego filmu jest wspomniany już Murdock i jego próba oczyszczenia się z zarzutów. Na szczęście scenarzyści postanowili trochę ubarwić całość i wspomniani trzej mężczyźni są częścią większej machiny. A Johna faktycznie chcą zabić, jednak z jakiego powodu – nie zdradzę.

Fabuła wydaje się być ciekawa. Niestety, kluczowym słowem jest „wydaje się”, bo tak naprawdę ciągnie się niemiłosiernie i ma kilka znacznej wielkości luk. Niestety, film stara się być czymś więcej niż jest, przez co cierpi. Trwa niespełna dwie godziny a ilość pomysłów (różnej jakości zresztą) wystarczyłaby na co najmniej jeden sezon serialu. I może to byłaby lepsza decyzja, bo traktowanie po macoszemu większości wątków to zbrodnia, którą twórcy filmu popełniają konsekwentnie od początku do końca projekcji.

Warto wspomnieć o oprawie wizualnej filmu. Widać w niej dwie rzeczy – dużo wpompowanych pieniędzy i… przesadę. Stylizacja w stylu neo-noir z elementami steampunka jest zabiegiem bardzo trudnym, bo przedobrzyć jest bardzo łatwo. I niestety, tak właśnie stało się w tym przypadku. Natłok elementów które mają budować klimat tak naprawdę go niszczą bo wydają się być bardzo sztuczne (i to nie w dobrym tego słowa znaczeniu, tj. tym zgodnym z fabułą). Szkoda.

Godną odnotowania rzeczą jest rola Willamia Hurta. Bardzo lubię tego aktora, a w tym filmie zagrał nad wyraz dobrze. Dorównuje mu Kiefer Sutherland, mający tu chyba jedną ze swoich lepszych kreacji. Postać nie do końca tak czarnobiała jak mogłoby się wydawać, lekko znerwicowany psychiatra w jego wykonaniu to świetne widowisko. Niestety nie można tego powiedzieć o reszcie obsady – Rufus Sewell nie oddaje w ani w połowie tego, co powinien czuć człowiek w jego położeniu a Jennifer Connelly gra praktycznie jedną miną i pozą. Wymienieni na początku tekstu „mężczyźni” chodzący zawsze w czarnych skórzanych płaszczach i kapeluszach miast straszyć wyglądają niestety komicznie, z jednej strony przez lekkie „przelobowanie” swoich ról a z drugiej przez dość zabawny make-up.

Ogólnie film nie jest taki najgorszy, wiele elementów z niego pojawia się na przykład w „Matriksie” pokazanym rok później. Niestety nie zmienia to faktu, że przez większość czasu z ekranu wylewa się sroga nuda, której nie pomaga ani drętwy Sewell, ani przesadna stylizacja otoczenia, ani nawet całkiem niezła muzyka Trevora Jonesa.