Ah, Wii! Długo wahałem się przed zakupem tej konsoli, głównie dlatego że ma opinię zabawki dla dzieci. Ale nie tylko. Dużym problem wówczas wydawało mi się sterowanie, które mimo różnych prezentacji w Internecie, pozostawało dla mnie swoistą zagadką. Z jednej strony – masa ruchu, machania rękami. Z drugiej – filmiki, jak to kolesie leżąc na kanapie przechodzą kolejne poziomy „Mario” czy innego „Resident Evil”. Ostatecznie przekonała mnie siostra, ciekawość i dobra okazja. I sympatia do gier Nintendo, których kontynuacji byłem bardzo ciekawy.

Po kupnie konsoli i ograniu (pobieżnym) „Wii Sports Resort” zacząłem rozglądać się za czymś poważnym. Wiele osób na forach polecało grę „No More Heroes”. Po obejrzeniu kilku filmów na YouTube i przeczytaniu paru recenzji, zamówiłem używaną kopię. Pierwszym bardzo pozytywnym zaskoczeniem było, naturalnie, sterowanie. Gra wymaga podstawowego kontrolera i dodatkowego Nunchucka. Ten pierwszy służy do zadawania ciosów, drugi do chodzenia i namierzania przeciwników (lock-on). Twórcy wykorzystali jednak główną kartę przetargową Wii i kontrola ruchem również stanowi ważną, a przede wszystkim dającą dużo zabawy, część gry. Przede wszystkim, pojawia się w momencie, kiedy dochodzi do starcia oręża, należy wówczas tak machać (według instrukcji na telewizorze) Wiimotem, by bohater wyszedł zwycięsko z potyczki. Kolejny przykład to rzuty – Travis może otumanić wroga, a następnie, korzystając z chwytów wrestlingowych, powalić go na ziemię, wykańczając wbiciem miecza w klatkę piersiową czy przepołowieniem.

A, bo w ogóle nie napisałem o Travisie! Nie dość, że nazywa się Touchdown (just how kewl iz dat?) to jeszcze jest zatwardziałym otaku. Ale, to jedna z najbardziej charyzmatycznych postaci w grze. Bardzo japoński, zawsze wyluzowany, wulgarny (tytuł to jego cytat), wiecznie napalony. Niestety, po kupnie świetlnej katany na aukcji kończy mu się forsa, więc postanawia zrobić użytek z nowej zabawki. Ogłasza się jako płatny morderca. Po otrzymaniu pierwszego zlecenia i wypełnieniu go (prosta walka połączona z tutorialem – fajny pomysł, bo ukończenie jednocześnie stanowi progres w całej historii) wchodzi na listę najlepszych zabójców w kraju. Ale jedenasta pozycja nie satysfakcjonuje Travisa. I dobrze, bo kolejne walki to swoiste poziomy gry. Może się to wydawać dość krótkowzroczne, ale tak naprawdę takie nie jest. No, może trochę.

„No More Heroes” jest dość zawrotną grą. Najciekawsze jest tu to, że żeby otrzymać zlecenie zabójstwa, trzeba za to zapłacić. Niestety, pieniądze otrzymane po wykonaniu zadania nie wystarczają na podjęcie się następnego, dlatego trzeba odwiedzić pośredniak. A ten oferuje serię minigier, dzięki którym można zarabiać. Wraz z postępem fabuły pojawi się też inne miejsce, gdzie będzie można podjąć się eliminacji prostego celu, również za gotówkę. Niestety, im dalej w las, tym gorzej. Szybko okaże się, że żeby podejmować kolejne zadania, trzeba wykonywać kilka prac pomniejszych, co wiele nudą na kilometr. One, owszem, są zabawne za pierwszym czy drugim razem, ale potem przestają bawić, a zaczynają irytować. Do tego dochodzi chęć, a właściwie to nawet konieczność, zakupu nowych mieczy, które również kosztują niemało. No i fajnie byłoby kupić jakieś ciuszki! Tak, ta gra to w dużej części grindowanie, znane tak dobrze fanom japońskich RPG (ej, ale tam to jest fajne!).

Na szczęście, w końcu każdą kwotę da się uskładać. I wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa, prawdziwe „No More Heroes”. Jak wspomniałem, każdy przeciwnik to osobny poziom, a to z kolei wiąże się z inną lokacją. A te są przeróżne – stacje metra, szkoły, plaże, lasy i inne. W każdej czekają różni przeciwnicy – silniejsi i słabsi, mający gołe ręce, ale także miecze podobne do tego, którym posługuje się protagonista, a także broń palną, co w ferworze walki staje się nie lada problemem.

Taka „ścieżka zdrowia” złożona z kilkunastu uciętych głów i kilkudziesięciu rozciętych na pół ciał to tylko przedsmak. Prawdziwym kęsem jest walka z bossem, innym zabójcą. Jest ich kilka i każda, ale to każda, jest tak wyjątkowa, jak tylko może być. Każda praktycznie postać potrafi coś innego – a to świetnie walczyć mieczem, a to dobrze strzelać, a to poruszać się z zawrotną prędkością. Na walkę składa się kilka etapów, najpierw klasyczny pojedynek jak z każdym innym w grze, potem trochę wymachiwania Wiimotem, a na końcu  egzekucja. Najciekawsza część, bo Travis ma w tej kwestii prawie tyle pomysłów, co ja.

Gra okazała się wielkim sukcesem, bo kiedy miała premierę, na konsolę Nintendo nie było zbyt wiele poważnych tytułów. Świetne wyniki sprzedaży i status tytułu kultowego zdawały się krzyczeć jednogłośnie o nadchodzącej kontynuacji. Co prawda historia przedstawiona w części pierwszej była zakręcona, interesująca, ale zamknięta. Na szczęście, Grasshopper Manufacture i Suda51 nie mieli większych problemów z wymyśleniem… jeszcze bardziej groteskowego, szalonego scenariusza.

„No More Heroes 2: Desperate Struggle” to sequel w starym stylu. Z mechaniki zmieniło się niewiele, doszło kilka smaczków, ale tak naprawdę to nadal, stare dobre „to samo”. I dobrze! Największą różnicą jest broń – a właściwie bronie. Travis ma teraz dwie katany, czyli, teoretycznie, sieje dwa razy większe zniszczenie. Teoretycznie? Praktycznie! Z dwoma mieczami można naprawdę czynić cuda, dodając do tego opanowanie trzymania Wiimota (dwa rodzaje ataków, atak niski i wysoki, zależą od ułożenia pilota) i możliwość łączenia ciosów, wychodzi prawdziwa orgia kombosów, rozciętych ciał, latających głów i innych kończyn. Naturalnie, także egzekucje uległy ewolucji – w końcu z dwoma mieczami można naprawdę przykro poszatkować człowieka.

Autorzy gry słuchają fanów, co bardzo im się chwali. Mam tu na myśli największą bolączkę starszej siostry – minigry. Teraz owszem, też są, ale raz że zlecenia są darmowe, więc wykonywanie prac jest opcjonalne, a dwa, że teraz chce się w nie grać. Nie są to już nudne gierki zrobione na silniku gry. Teraz, ku chwale retro, każda dodatkowa praca przedstawiona jest przez parodię gier z NES. Naturalnie z grafiką i sterowaniem przeniesionym z tamtej (zabytkowej prawie) konsoli.  Teraz po prostu chce się kończyć te wyzwania.

Duży skok wykonała także grafika. „No More Heroes” przypominała miejscami co lepsze tytuły z pierwszego PlayStation, co mimo dość słabych wnętrzności Wii było ujmą. Druga część niweluje ten problem, wyglądając świetnie i dzięki swojej stylizacji na komiks może stawać w szranki z najładniejszymi tytułami na stacjonarkę Nintendo.

Czyli co. Wii okazało się świetną konsolą, dwie części „No More Heroes” to prawdziwe perły w dużym katalogu gier obecnej generacji – wszystko dobrze się skończyło. Tylko ręce mnie trochę bolą od machania Wiimotem. A tak poważnie – konsola Nintendo faktycznie kosztuje jakiś tysiąc złotych, ale warto ją kupić, choćby po to, by zagrać w przygody Travisa.