„Reign Over Me”

Tragedia World Trade Center jeszcze długo pozostanie w pamięci nie tylko Ameryki, ale całego świata. Nic w tym dziwnego, zginęło wówczas około trzy tysiące osób, ponad dwa razy tyle zostało rannych. Naturalnym jest, że największe skupienie uwagi było właśnie na zmarłych, jednak kwestia ich rodzin została potraktowana jakoś pobocznie. W telewizji było zaledwie kilka wzmianek i wywiadów, zdecydowanie większy nacisk USA położyło na nagonkę na terrorystów.

Mike Binder postanowił jednak zająć się właśnie rodzinami tych zmarłych osób. A dokładniej jednym człowiekiem – Charlie’m Fineman’em, który w jednym z pechowych samolotów miał trzy córki, żonę i psa. Po 11 września 2001 jego świat praktycznie się skończył. Przestał pracować, kontaktować się z ludźmi. Przestał egzystować w społeczeństwie. W wyniku wstrząsu, jakim była utrata rodziny, Fineman zaczął szukać innego świata, w którym nie będzie musiał pamiętać i myśleć o rzeczach, które sprawiają mu ból. Znalazł go, w grze „Shadows of the Colossus”, w słuchawkach podpiętych ciągle do iPoda, w szybkim przemierzaniu miasta na elektronicznej hulajnodze, czy w końcu na ciągłym przebudowywaniu kuchni.

Pewnie trwałby w nieszczęściu i marazmie do końca swoich dni, gdyby nie zobaczył go jego przyjaciel ze studiów, Alan Johnson. Zaskoczony, a może nawet zszokowany stanem psychicznym kolegi, postanawia mu pomóc. Mimo wielu różnic w opiniach, a także trudnościach komunikacyjnych, wynikających zresztą z choroby Charlie’go, znajdują wspólny język, i nie do końca świadomie, zaczynają pomagać sobie nawzajem.

O czym tak naprawdę jest „Reign Over Me”? Na pewno nie o World Trade Center, ale też, mimo że tak to może wyglądać, nie o męskiej przyjaźni po latach. Ale o trudnej przyjaźni po latach, już bardziej. Podejrzliwość i wyalienowanie Fineman’a często przybiera formy fizyczny, skutkując na przykład demolowaniem poczekalni, czy dosłownym „rzuceniem się z pięściami” na Johnson’a. To jednak nie działa zniechęcająco na tego drugiego, głównie dzięki dużej dozie wyrozumiałości, i chęci pomocy, którą Charlie z czasem zaczyna doceniać. O czym jeszcze? Myślę, że także o docenianiu tego, co się ma. Alanowi brakowało w życiu właśnie wolności, własnego hobby, kolegów. Czuł się przytłoczony przez żonę, która cały wolny czas organizowała pod wspólne czynności, jak kursy czy układanie puzzli. Fineman miał to wszystko, mógł robić co, i kiedy chciał, jednak to było dla niego tylko surogatem szczęścia, jakie czuł będąc z rodziną.

Ten film jest dla mnie bardzo szczególny. I to nie dlatego, że Charlie gra w „Shadow of the Colossus”, ani dlatego, że jest wytrawnym fanem muzyki. Jest to obraz dla mnie szczególny z uwagi na Adama Sandler’a. Przyznam szczerze, że filmy które z nim wcześniej widziałem nie nastrajały mnie pozytywnie do „Reign Over Me”. Tym bardziej piękną niespodzianką okazała się rola Fineman’a, chorego na obfitą garść schodzeń psychicznych, zniszczonego człowieka, żyjącego z dnia na dzień w swoim zimnym, zamkniętym dla innych świecie. Sandler, aktor miernych komedii, w których przez cały czas robi z siebie idiotę, udźwignął swoją postać wzorowo, i jest to chyba jego najlepsza jak dotąd rola. Scena, w której opowiada przyjacielowi o swojej rodzinie, a także późniejsza rozprawa tylko podkreślają, jak wielkie i niewykorzystane pokłady talentu ma w sobie Adam.

Pozostałe role, mimo że ani trochę nie tak dobre jak Cheadle’a, również zasługują na wzmiankę. Jak łatwo zauważyć, w dużej mierze jest to obraz dwóch aktorów. Wspomnianego już Sandlera i Dona Cheadle, znanego głównie z trylogii „Ocean’s Eleven”. Ten drugi również bardzo dobrze gra znudzonego ojca rodziny, niezadowolonego z pracy, do bólu grzecznego i kulturalnego stomatologa. Scena, w której informuje Charlie’go, że właśnie zmarł mu ojciec, przez chwilę naprawdę pozwala myśleć, że to aktor, a nie postać, straciła rodzica.

Gdzieś w tle przewija się jeszcze Liv Tyler, Saffron Burrows, Jada Pinckett Smith, czy Donald Sutherland. I wszyscy oni starają się jak najlepiej zagrać swoje role, jednak reżyser nie pozwala im do końca zabłysnąć, ucinając sceny z ich udziałem do koniecznego minimum. Niby nie jest to duża wada, bo główni aktorzy nie pozostawiają nic do życzenia, ale jednak wolałbym, nawet „kosztem” kilku dodatkowych minut zobaczyć bardziej rozbudowane role choćby Tyler i Smith.

Mimo tej drobnej wady, film jest bardzo dobry. Momentami naprawdę ciężki, i przytłaczający, co jest zasługą świetnej gry Sandlera, ale i bardzo dobrej reżyserii i scenografii. Mimo dwóch godzin, obraz nie dłuży się, nie ma niepotrzebnych scen, ani przeciągniętych, nudnych dialogów. Każda minuta, każda scena zdaje się być potrzebna, i równie ważna. To bardzo rzadka, ale bardzo pożądana i pozytywna cecha. Naprawdę polecam, choćby dla samej roli Charlie’go Fineman’a.