Muzyka zespołu „The Doors” jest legendarna, ponadczasowa, wyjątkowa. To nie jest kwestia dyskusyjna, i wątpię, czy ktoś kto zna ich dokonania, miałby jakiekolwiek obiekcje. Ale, muzyka to nie same dźwięki – to także ludzie. Różni, ciekawi bardziej lub mniej, opisani i odpytani przez dziennikarzy w różnym stopniu. Jim Morrison, wokalista „The Doors” na pewno na brak zainteresowania ze strony wszelkich przedstawicieli mediów narzekać nie mógł, na co sam sobie zapracował stylem życia będącym w latach późniejszych synonimem egzystencji szanujących się rockmenów.

Film nazywa się „The Doors”, ale tak naprawdę tytuł brzmieć powinien „Jim Morison”, bo w tym dwuipółgodzinnym widowisku to on gra pierwsze skrzypce, a koledzy z zespołu są zepchnięci na margines, i równie dobrze mogliby być portretowani przez podrzędnych statystów, a nie znanych aktorów, jakimi bez wątpienia są Kyle MacLachlan, Frank Whaley czy Matt Dillon. Jednak to nie o to do reżysera mają pretensje żyjący członkowie Drzwi. Przedstawiony tu portret Morrisona mówi wprost – narkoman, pijak, niewierny zazdrośnik, wariat – jednym słowem lawina w życiach ludzi go otaczających. Nie można kłócić się z faktami – te cechy się zgadzają, jednak nie są jedynymi. Stone skupił się na jednej stronie Króla Jaszczura, praktycznie ignorując Morrisona-poetę, Morrisona-artystę, Morrisona-kochanka. Te trzy elementy naturalnie są w filmie, ale wspomniane bardziej od niechcenia.

Fani grupy, czytający wywiady i książki, swoje wiedzą. Ale osoby, dla których „The Doors” to zespół obcy, mogą odnieść bardzo złe wrażenie. W filmie co chwile ukazane są albo orgie, narkotyczne wizje, pijackie burdy albo awantury, które Jim urządza miłości swojego życia – Pam Courson. Razi też niedokładność w sferze samych faktów, według członków zespołu, Stone nie tyle je przekoloryzował, jak dużą część sam dopisał.

Obraz w reżyserii Olivera Stone’a z 1991 co prawda spotkał się z dezaprobatą żyjących członków grupy, ale nie przeszkodziło mu to być jednym z najpopularniejszych filmów o muzykach. Niemały udział ma w tym Val Kilmer, odtwórca roli Morrisona, dla którego – przynajmniej w sensie artystycznym – jest to kamień milowy. Jego Król Jaszczur nie tylko poraża widza podobieństwem fizycznym, ale także, a może i przede wszystkim, świetną grą aktorską. Pozostałe postaci są potraktowane po macoszemu, co nie pozwala wykazać się aktorom ich portretującym – a szkoda. Poza wspomnianymi wyżej osobami, w filmie uświadczyć można na przykład Meg Ryan, Michaela Madsen’a, Michaela Wincott’a, czy Kathleen Quinlan.

„The Doors” nie jest dziełem złym, ale także nie wybitnym. Gdyby nazywał się inaczej, i nie nosił metki filmu biograficznego, patrzyłbym na niego z innej perspektywy. Ale w sytuacji obecnej nie mogę powiedzieć, by spełnił moje oczekiwania.

  • http://warstwy.com adone

    Nie jestem fanem The Doors, ale nie potrafię przejść obok ich muzyki obojętnie. O filmie tylko czytałem, nie widziałem go i raczej już się nie zdecyduje po tym co piszesz (uwrażliwiłem się na tematy nałogów, orgii itp. ostatnimi czasy).

    Morrison to firma. Brakuje mi w dzisiejszych czasach nazwisk pokroju Morrison, Mercury, Cobain. Sam Morrison wywoływał we mnie niepokój. Dla kobiet może był bożyszczem, przyjmował jakieś dziwne pozy, łaził (podobno) w skórzanych, śmierdzących spodniach.

  • http://warstwy.com adone

    Nigdy nie odważyłem się wchodzić głębiej w świat Doorsów. Zastanawiam się po co nazywali się The Doors, skoro wszystko kręciło się wokoło Jima…

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Brakuje takich nazwisk, bo brakuje takiej wyjątkowej muzyki. Dziś, żeby w tym światku być znanym, trzeba co chwilę się z kimś puszczać, i potem świecić dupą do kamery czy aparatu.

    Jeżeli jakiś zespół/wykonawca tworzy muzykę wyjątkową, ciekawą, to przeważnie łączy się to (dziś) ze stronieniem od wszelkiej maści kolorowych szmatławców, no i to się poniekąd przekłada na małą popularność. Przykład z naszego podwórka – L.U.C – koleś przecież tworzy muzykę o kilka pięter wyższą niż Eldo, Ostry czy Peja. Ale brakuje mu (co uważam za dobrą cechę) parcia na sprzedaż. Nigdy nie widziałem ani jednego teledysku Łukasza gdzieś w telewizji, wywiadu w gazecie.

    Nazwa zespołu pochodzi od książki „Drzwi percepcji”. Jim ją wymyślił, i to był chyba jedyny warunek założenia zespołu z Manzarkiem. Jakbyś oglądał film, wiedziałbyś :D

    Film ogólnie nie byłby zły, gdyby, jak napisałem, był kręcony wprost, jako fikcyjna biografia Morrisona. Ale i tak warto go zobaczyć, choćby dla świetnego Kilmera.

  • http://warstwy.com adone

    Luc ostatnio był w Dzień Dobry TVN, dostał Paszport Polityki. Świetny koleś. Doceniony na właściwej płaszczyźnie, tam gdzie się jeszcze jakiś głębszy wkład artystyczny docenia i liczy.

    Może i zerknę na film o J.M., ale ciężko jest mi się określić kiedy. Powaga, Jim kojarzy mi się dziwnie, sprzecznie, nie potrafię tego ując w słowa, bo za mało o nim wiem, coś mi w nim jednak nie leży…

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Widziałem ten program. LUCowi się należał, jak mało komu. Chociaż nie wydaje mi się, żeby to docenienie pomogło mu w sprzedaży, bo nowa płyta jest niełatwa w odbiorze.

    No i ten przegrany McMotyl, najgorszy feat jaki słyszałem w życiu. Niszczy dobry obraz krążka, serio.