Na nową „Castlevanię” czekałem trochę. Zapowiedzieli ją chyba ze dwa lata temu, ale ja uwiadomiłem sobie, jak świetna jest ta seria dopiero na wakacjach w 2009 roku, kiedy przeszedłem „Symphony of the Night” i „Curse of Darkness”, odpowiednio na PSX i PS2. Zachwyciły mnie wówczas możliwości eksploatacji, rozwoju postaci, poznawania historii (niby to są mniejsze części całości, ale każda osobno również jest fajna) i genialny klimat gotyckich zamków, lasów, strzyg, wampirów i demonów. Potem, „Aria of Sorrow” na GBA, i części na NES (może prócz średniej dwójki) tylko potwierdziły klasę twórców z Konami.

„Lords of Shadow” zapowiadana była jako restart serii, i patrząc na ilość zazębień i korelacji w uniwersum, decyzji tej za błędną uznać nie można. Akcja zaczyna się w IX wieku naszej ery, głównym bohaterem jest Gabriel Belont (ród Belmontów to główni bohaterowie starych „Castlevani”), którego oficjalnym celem jest pokonanie Władców Cienia i ratunek świata, od którego odwrócił się już Bóg. Jednak tak naprawdę, bardziej chodzi mu o jego zmarłą niedawno żonę, a właściwie jej duszę, która przez obecną sytuację nie może zaznać spokoju.

Gra różni się diametralnie od poprzedniczek, będących w większości dwuwymiarowymi zręcznościówkami z mało rozwiniętym systemem walki, co stało się główną wadą w oczach recenzentów. Dla tych osób najwyraźniej określenia takie jak „ewolucja” i „restart serii” nie znaczą wiele, choć jestem pewien, że gdyby Mercury Steam (tak, nowy developer, ale o tym kiedy indziej) byli bardziej zachowawczy w stosunku do klasyki, to zostałoby to odebrane również jako wada. Tytuł w kwestii gameplayu na początku przypomina „God of War III”, głównie przez pracę kamery i broń Gabriela. Na szczęście, wystarczy dłuższa chwila z grą, by zobaczyć, jak różne są te dwa tytuły. Przede wszystkim – tu system walki jest zdecydowanie bardziej rozwinięty! W przygodach Spartiaty ciosy zadawało się uderzać na przemian w dwa przyciski. Tu jest podobnie, z tym, że większość zaawansowanych kombinacji wymaga na przykład przytrzymania klawisza dłużej, potem wciśnięcie go kilkakrotnie bardzo szybko. Rozwiązanie przypomina trochę „Devil May Cry” i „Darksiders„, ale dochodzi jeszcze wspomniany wcześniej drugi przycisk, a także trzeci – skok. Można go używać jako finisher, albo łącznik między combosami. Naturalnie nie wszystko dostępne jest na początku. Do części kombinacji dostęp przyznawany jest po zdobyciu dodatkowej broni, inne trzeba kupić za punkty doświadczenia. Całość wymaga dużo więcej nauki, niż w przypadku wyżej wymienionych, co dla mnie jest jak najbardziej pozytywne.

Do tego dochodzą magie. Dwie. Biała, i czarna. Ta pierwsza odpowiada za zdrowie bohatera – uaktywniając ją i atakując przeciwników, za każde uderzenie otrzymamy punkty zdrowia. Druga – jak można się domyślić – to atak, po jej włączeniu ciosy stają się dużo silniejsze. Naturalnie, oba dodatki „nie chodzą na powietrze”, i trzeba je zasilać. Czym? Magią neutralną, którą po śmierci uwalnia każdy potwór.

Na koniec zostawiłem elementy zręcznościowe. W „Castlevanii” nie mogło ich zabraknąć, prawda? Są, i są naprawdę fajne, głównie dlatego, że nie spotkałem jeszcze niczego przesadzonego w tym aspekcie. Są to krótkie momenty, podczas których należy gdzieś wskoczyć, wspiąć się, czy to przy pomocy bicza, czy celnych skoków. Podczas oglądania recenzji zdawało mi się, że to kalka „God of War III”, ale jak w przypadku walki – łatwo się przekonać, że to powierzchowne wrażenie.

Gra bardzo mi się podoba, po dwóch dniach intensywnego szarpania, skończyłem dwa rozdziały, co nie jest nawet ćwiercią fabuły. Bawię się wyśmienicie, historia, świetne głosy (Robert Carlyle i Sir Patrick Steward, no proszę, musiało być cudnie), dobry poziom trudności i niemalże perfekcyjny system rozgrywki – to wszystko zdaje się formować grę roku. Ale nie chcę nic mówić, bo jeszcze jej nie skończyłem. Kiedy to zrobię – wypatrujcie recenzji.