Whoa. Nie pisałem tu tak długo, że zapomniałem hasła do panelu administracyjnego. Nie, serio, często zapominam takich rzeczy. Cały sierpień nie miałem czasu praktycznie dla niczego prócz pracy, ale dzięki temu mogłem obmyślić na spokojnie, co warto byłoby napisać. Dlatego trzymajcie się mocno, bo niebawem wrzucę parę ciekawych tekstów. Ale teraz, do rzeczy.

„Samurai Champloo” z 2004 roku to jak na razie ostatnie dzieło szanownego pana Watanabe. Nie wątpię, że nakręci coś jeszcze, ale gdyby tego nie zrobił, to ten serial byłby świetnym zwieńczeniem jego pracy. Dwadzieścia sześć półgodzinnych odcinków przedstawia nam trójkę włóczęgów, przemierzających prawie że bez celu piękną, ale i niebezpieczną Japonię w okresie Edo (lata 1600 – 1860, o ile dobrze pamiętam).

Historia kręci się wokół Fuu, nastoletniej sieroty szukającej „samuraja, który pachnie jak słoneczniki”. Jak niedorzeczne mogłoby się to wydawać, tak samo jest i intrygujące. Bo przecież znaleźć kogoś po zapachu, to przecież prawie że niemożliwe. Na szczęście w poszukiwaniach nie jest sama. W zamian za uratowanie życia, pomagają jej Mugen, i Jin. Ten pierwszy to wiecznie szukający guza narwaniec, który jednak mimo braku umiejętności technicznych świetnie walczy mieczem, stawiając głównie na losowość w posunięciach. Drugi z nich, ronin, to zupełne przeciwieństwo Mugena. Jin jest spokojny, bardzo opanowany, cichy. Jest też mistrzem szermierki, umiejętnościami przewyższając nawet swojego mistrza z dojo. Nietrudno się domyślić, że ci dwaj nie będą stronić od wyzywania się na pojedynki. Ale Fuu potrzebuje ich obu. Żywych.

Szukanie samuraja tak potrzebnego Fuu jest jedynie pretekstem dla Watanabe do pokazania różnych twarzy Japonii w Edo. Bohaterowie spotykają na swojej drodze przeróżne postaci, często bardzo groteskowe, czasem też takie kompletnie nie pasujące do swojego czasu. I to jest jedna z głównych cech charakterystycznych „Samurai Champloo” (co w wolnym tłumaczeniu znaczy scratching samurai) – postaci i wydarzenia nie pasujące do tamtego okresu, pożyczające wiele z dzisiejszej popkultury. Na przykład zombie, albo graficiarze. Drugą z cech charakterystycznych są genialne walki na miecze. Obecność takich była oczywistością, w końcu to anime o samurajach, ale muszę z ręką na sercu przyznać, że tak znakomicie zrobionych potyczek nie widziałem w żadnym filmie, serialu, ani grze. Nie są przekoloryzowane, nie trwają kilka odcinków (chyba że ich rozpoczęcie to jednocześniecliffhanger), ale są bardzo efektowne, i pieczołowicie zrealizowane.

A jeśli już o realizacji mowa. U Watanabego nie może być ona inna niż świetna. Studio Manglobe operując swym wyśmienitym stylem naprawdę zarządziło, wyrzucając chyba najlepszy graficznie serial w swoim czasie. Patrząc na kadry na Internecie, można się nie zgodzić, ale te delikatne, stylizowane na niezdarne projekty postaci mają swój niezaprzeczalny urok. Ich animacja, dokładność, efektowność przy jednoczesnym zachowaniu prawie że ascetyzmu w środkach nie pozostawiają nic do życzenia. Z tłami zaś jest trochę inaczej, są bardzo efektowne, złożone, urzekające od razu. Tutaj widać rozmach, widać wkład pracy, widać dokładność.

W kwestii dźwięku nie mogę mieć żadnych uwag. Glosy są podłożone bardzo fajnie, postaci mają dobry akcent, mówią zgodnie z duchem serialu (nie z konwencją panującą w ówczesnym okresie, ale o to właśnie chodziło). Muzyka jest rewelacyjna, chociaż gatunkowo niespodziewana. Hip-hop, przeważnie instrumentalny bardzo pasuje do anime, nadając unikalnego klimatu i tak już przesiąkniętej klimatem produkcji.

Serial mogę polecić każdemu, czy to zagorzałemu fanowi Japonii, samurajów, czy też komuś, kto od tego stroi. Gwarantuję, że każdemu bez wyjątku, przypadnie do gustu.