Growe ekranizacje — uzupełnienie

07.08.2010 — GraKomentarze (2) — Tagi: ,

Przed prze­czy­ta­niem zachę­cam do przej­rze­nia poprzed­niego wpisu.

Pisząc ostat­nio o ekra­ni­za­cjach gier, ogra­ni­czy­łem się jedy­nie do zro­bie­nia krót­kiej listy i cha­rak­te­ry­za­cji każ­dej z pozy­cji. Teraz chciał­bym spró­bo­wać odpo­wie­dzieć na pyta­nie nur­tu­jące mnie (i nie tylko, zga­duję!) od jakie­goś czasu. Mia­no­wi­cie — czy gry nie nadają się do bycia ekra­ni­zo­wa­nymi?

Bar­dzo, bar­dzo chciał­bym powie­dzieć „tak, nadają się“. Ale nie­stety, nie wiem, czy mogę. Weźmy wspo­mnianą przeze mnie wcze­śniej „Resi­dent Evil 2″. Gra ma dość sporo tek­stu (jak na tamte czasy), dia­lo­gów, loka­cji. Ma nie­złą histo­rię, którą warto prze­śle­dzić, i która dobrze działa na wyobraź­nię i pobu­dza cie­ka­wość. Akcja jest liniowa, bez zre­ali­zo­wa­nia celu w punk­cie A, nie ma moż­li­wo­ści przej­ścia do B, ani tym bar­dziej do C. Teo­re­tycz­nie — ide­alny mate­riał na sce­na­riusz, i dobry film. No wła­śnie, teo­re­tycz­nie. W prak­tyce wypada to mniej wię­cej tak, że sceny roz­mów mię­dzy posta­ciami trwają kilka krót­kich minut, a czy­ta­nie doku­men­tów odkry­wa­ją­cych rąbki tajem­nicy to, no wła­śnie, czy­ta­nie, też zresztą nie­dłu­gie. Naj­wię­cej czasu w grze zaj­muje strze­la­nie do potwo­rów, szu­ka­nie klu­czy, dys­ków, zbie­ra­nie czę­ści potrzeb­nych do otwo­rze­nia drzwi lub uru­cho­mie­nia mechanizmu.

Zatrzy­majmy się tutaj. Czy ktoś chciałby oglą­dać film, w któ­rym przez godzinę boha­ter cho­dzi po pomiesz­cze­niach, spraw­dza je i szuka figurki sza­cho­wej, w mię­dzy­cza­sie roz­wa­la­jąc dwa­dzie­ścia zom­bies, i ze dwa mutanty/eksperymenty biologiczne/coś, potem spo­tyka kogoś, wymie­nia tak z pięć zdań, po czym znaj­duje pamięt­nik i czyta go? Następ­nie szuka dru­giej figurki i akcja się powta­rza, aż znaj­dzie wszyst­kie. Zmie­nia oto­cze­nie, z poste­runku na kanały, i tam znowu szuka jakichś ele­men­tów, które uru­cho­mią mechanizm.

No wła­śnie. Pod­czas kiedy gra jest inte­re­su­jąca, bo sami decy­du­jemy o postę­pach i tem­pie fabuły, sami strze­lami i sami odnaj­du­jemy scho­wane gdzieś pod pomni­kami medale, w fil­mie robi to nie­za­leżna od nas postać. I owszem, są obrazy, w któ­rych 90% to akcja, a 10% to sztywne dia­logi wyja­śnia­jące, dla­czego „wycho­dzi z pokoju do kuchni“. Tylko, że to są straszne gnioty.

Więk­szość gier jest robiona według sche­matu gatunku. Strze­la­nina — strze­lasz co chwilę. Zręcz­no­ściówka — ska­czesz po dachach. Nawet gry aspi­ru­jące do bycia fil­mo­wymi, jak seria „Grand Theft Auto“ są sche­ma­tyczne, bo „weź auto — pojedź gdzieś — zastrzel kogoś — odjedź“ to sce­na­riusz więk­szo­ści misji.

Wyjąt­kami są pro­duk­cje, w któ­rych dia­logi są dobrze napi­sane, i trwają mniej wię­cej tyle, co płynne przej­ście etapu „pomię­dzy“. Takimi grami jest na przy­kład seria „Metal Gear Solid“, a szcze­gól­nie czwarta część, z prze­ryw­ni­kami fil­mo­wymi trwa­ją­cymi cza­sem nawet ponad godzinę. Kolej­nym przy­kła­dem jest „Heavy Rain“ — tutaj prak­tycz­nie cała gra to tak naprawdę inte­rak­tywny film, gdzie wyda­rze­nia są zależne od tego, czy wystar­cza­jąco szybko wci­śnięty zosta­nie kla­wisz. Z tych tytu­łów można robić filmy, tylko, po co? Same w sobie są tak fil­mowe, że zatrud­nie­nie akto­rów zamiast uży­wa­nia ani­ma­cji, i kaza­nie im ode­gra­nia tego samego, co osoby robiące motion cap­ture, i powie­dze­nia tych kwe­stii, które wypo­wie­dzieli dub­bin­gowcy, mija się z celem. Ponadto, jeżeli „Metal Gear Solid 4: Guns of the Patriots“ ma kilka prze­ryw­ni­ków trwa­ją­cych 60 minut, to ile może trwać cała gra? Dwu­cy­frowa liczba godzin to nie jest coś, o czym chce sły­szeć jaki­kol­wiek fil­mo­wiec. A wycię­cie frag­men­tów? Jakich? Wszyst­kie prak­tycz­nie są rów­nie ważne, nie ma zapy­cha­czy — w grach tego być nie musi.

Jedy­nym wyj­ściem, by zekra­ni­zo­wać „nie­fil­mową“ grę jest wzię­cie z jej sce­na­riu­sza ram — postaci, tła wyda­rzeń, loka­cji, i dopi­sa­nie około 70% wyda­rzeń i dia­lo­gów, tak, żeby obraz trwał 90–120 minut. Niby pro­ste — a wcale takie nie jest. Nad nowym sce­na­riu­szem naj­czę­ściej nie pra­cują osoby, które miały stycz­ność z pro­duk­cją ory­gi­nału. Nie­ko­niecz­nie są też fanami gier, a rzadko — fanami tej kon­kret­nej gry. Przez to mają po pro­stu trudne zada­nie, napi­sa­nia cze­goś, czego nie czują, w kli­ma­cie, któ­rego nie stwo­rzyli, i trzy­ma­ją­cego się kupy. Przez to wła­śnie, naj­wię­cej sce­na­riu­szy ekra­ni­za­cji różni się tak od pier­wo­wzoru, że tytuł i jakieś podobne fakty to jedyne łączniki.

Samo to nie jest sytu­acją złą. Bo dla­czego, prze­cież sce­na­riusz bazu­jący na mie­ście oblę­żo­nym przez zom­bie wcale nie musi być zły. Ale dobry też nie. I tu wycho­dzi kolejny pro­blem — nie wiem tylko, skąd się bio­rący. Czy leży w kwe­stii finan­so­wej, czy po pro­stu „nie każdy chce pra­co­wać przy grach“, ale te twory często-gęsto są po pro­stu biedne (po przy­kłady zapra­szam do poprzed­niego wpisu). No i są jesz­cze fani gry. Nie wia­domo do końca, czego ocze­kują. „Wier­nej ekra­ni­za­cji“, sły­szy się naj­czę­ściej. Dobrze, tylko co ma ta wierna ekra­ni­za­cja zawie­rać? Wspo­mniane godzinne bie­ga­nie po pomiesz­cze­niach i zbie­ra­nie przed­mio­tów? Czy godzinę ska­ka­nia po dachach i walk na mie­cze? Taki obraz przy­ję­liby pew­nie tylko zatwar­dziali fani „Prince of Per­sia“, ale wytwór­nie nie celują w nie­wielką grupkę sym­pa­ty­ków akro­ba­cji Księ­cia, ale w jak naj­więk­szy tabun ludzi. Pro­duk­cja musi się zwró­cić, nie można liczyć, że tak się sta­nie, gdy do kina tylko pójdą fani serii.

Wraca zatem pyta­nie z początku tek­stu. Czy gry nie nadają się do bycia ekra­ni­zo­wa­nymi? Może się mylę, albo patrzę na wszystko zbyt jed­no­stron­nie, ale — chyba nie, nie nadają się. A te, które się nadają, wyjątki potwier­dza­jące regułę — nie trzeba ich prze­no­sić na ekran.

2 komentarze/y

  1. adone pisze:

    No to co? Tomek, świet­nie napi­sane:) Daje do myśle­nia. Ja uwa­żam, że gry nie nadają się do bycia ekra­ni­zo­wa­nymi. Trzeba by (jak piszesz) wziąć postać i parę innych ele­men­tów, a całą resztę zbu­do­wać od nowa. Nawet jakby fajne dzieło wyszło to recen­zenci i fani gry zajadą takie coś, bo to już nie to co gra. I nic innego się nie liczy.

    Bat­man, Spi­der­Man postaci komik­sowe lepiej mi się ogląda na fil­mie, choć tu teo­re­tycz­nie gry też powinny się spraw­dzić, dia­logi to chmurki, trzeba tylko tego patosu doro­bić. Co o tym myślisz?

  2. Ja myślę, że ekra­ni­za­cje komik­sowe są tylko o jeden poziom wyżej, niż te growe. Na przy­kład taki „Iron Man“, wszy­scy się sper­mią pierw­szym fil­mem, że ponoć epicki i naj­lep­sza ekra­ni­za­cja komik­sowa ever. Dla mnie? Bar­dzo średni film, słaby nawet (mimo obsady, efek­tów). „Bat­many“ Nolana? Bur­tona lep­sze. „Spider-Man“? Z Maguire’m? Nyga plz.

    Komiksy są dużo lep­sze, bar­dzo lubię prze­rzu­cać „Iron Mana“, „Bat­mana“ („Azyl Arkhanm“ to dla mnie nadal mocny Top 5).

    Wydaje mi się, że ekra­ni­za­cje komik­sów mają dużo więk­sze budżety, niż ekra­ni­za­cje gier. Dla­tego mają lep­szych sce­na­rzy­stów i lep­szą historię.

Dodaj komentarz