Przed przeczytaniem zachęcam do przejrzenia poprzedniego wpisu.

Pisząc ostatnio o ekranizacjach gier, ograniczyłem się jedynie do zrobienia krótkiej listy i charakteryzacji każdej z pozycji. Teraz chciałbym spróbować odpowiedzieć na pytanie nurtujące mnie (i nie tylko, zgaduję!) od jakiegoś czasu. Mianowicie – czy gry nie nadają się do bycia ekranizowanymi?

Bardzo, bardzo chciałbym powiedzieć „tak, nadają się”. Ale niestety, nie wiem, czy mogę. Weźmy wspomnianą przeze mnie wcześniej „Resident Evil 2″. Gra ma dość sporo tekstu (jak na tamte czasy), dialogów, lokacji. Ma niezłą historię, którą warto prześledzić, i która dobrze działa na wyobraźnię i pobudza ciekawość. Akcja jest liniowa, bez zrealizowania celu w punkcie A, nie ma możliwości przejścia do B, ani tym bardziej do C. Teoretycznie – idealny materiał na scenariusz, i dobry film. No właśnie, teoretycznie. W praktyce wypada to mniej więcej tak, że sceny rozmów między postaciami trwają kilka krótkich minut, a czytanie dokumentów odkrywających rąbki tajemnicy to, no właśnie, czytanie, też zresztą niedługie. Najwięcej czasu w grze zajmuje strzelanie do potworów, szukanie kluczy, dysków, zbieranie części potrzebnych do otworzenia drzwi lub uruchomienia mechanizmu.

Zatrzymajmy się tutaj. Czy ktoś chciałby oglądać film, w którym przez godzinę bohater chodzi po pomieszczeniach, sprawdza je i szuka figurki szachowej, w międzyczasie rozwalając dwadzieścia zombies, i ze dwa mutanty/eksperymenty biologiczne/coś, potem spotyka kogoś, wymienia tak z pięć zdań, po czym znajduje pamiętnik i czyta go? Następnie szuka drugiej figurki i akcja się powtarza, aż znajdzie wszystkie. Zmienia otoczenie, z posterunku na kanały, i tam znowu szuka jakichś elementów, które uruchomią mechanizm.

No właśnie. Podczas kiedy gra jest interesująca, bo sami decydujemy o postępach i tempie fabuły, sami strzelami i sami odnajdujemy schowane gdzieś pod pomnikami medale, w filmie robi to niezależna od nas postać. I owszem, są obrazy, w których 90% to akcja, a 10% to sztywne dialogi wyjaśniające, dlaczego „wychodzi z pokoju do kuchni”. Tylko, że to są straszne gnioty.

Większość gier jest robiona według schematu gatunku. Strzelanina – strzelasz co chwilę. Zręcznościówka – skaczesz po dachach. Nawet gry aspirujące do bycia filmowymi, jak seria „Grand Theft Auto” są schematyczne, bo „weź auto – pojedź gdzieś – zastrzel kogoś – odjedź” to scenariusz większości misji.

Wyjątkami są produkcje, w których dialogi są dobrze napisane, i trwają mniej więcej tyle, co płynne przejście etapu „pomiędzy”. Takimi grami jest na przykład seria „Metal Gear Solid”, a szczególnie czwarta część, z przerywnikami filmowymi trwającymi czasem nawet ponad godzinę. Kolejnym przykładem jest „Heavy Rain” – tutaj praktycznie cała gra to tak naprawdę interaktywny film, gdzie wydarzenia są zależne od tego, czy wystarczająco szybko wciśnięty zostanie klawisz. Z tych tytułów można robić filmy, tylko, po co? Same w sobie są tak filmowe, że zatrudnienie aktorów zamiast używania animacji, i kazanie im odegrania tego samego, co osoby robiące motion capture, i powiedzenia tych kwestii, które wypowiedzieli dubbingowcy, mija się z celem. Ponadto, jeżeli „Metal Gear Solid 4: Guns of the Patriots” ma kilka przerywników trwających 60 minut, to ile może trwać cała gra? Dwucyfrowa liczba godzin to nie jest coś, o czym chce słyszeć jakikolwiek filmowiec. A wycięcie fragmentów? Jakich? Wszystkie praktycznie są równie ważne, nie ma zapychaczy – w grach tego być nie musi.

Jedynym wyjściem, by zekranizować „niefilmową” grę jest wzięcie z jej scenariusza ram – postaci, tła wydarzeń, lokacji, i dopisanie około 70% wydarzeń i dialogów, tak, żeby obraz trwał 90-120 minut. Niby proste – a wcale takie nie jest. Nad nowym scenariuszem najczęściej nie pracują osoby, które miały styczność z produkcją oryginału. Niekoniecznie są też fanami gier, a rzadko – fanami tej konkretnej gry. Przez to mają po prostu trudne zadanie, napisania czegoś, czego nie czują, w klimacie, którego nie stworzyli, i trzymającego się kupy. Przez to właśnie, najwięcej scenariuszy ekranizacji różni się tak od pierwowzoru, że tytuł i jakieś podobne fakty to jedyne łączniki.

Samo to nie jest sytuacją złą. Bo dlaczego, przecież scenariusz bazujący na mieście oblężonym przez zombie wcale nie musi być zły. Ale dobry też nie. I tu wychodzi kolejny problem – nie wiem tylko, skąd się biorący. Czy leży w kwestii finansowej, czy po prostu „nie każdy chce pracować przy grach”, ale te twory często-gęsto są po prostu biedne (po przykłady zapraszam do poprzedniego wpisu). No i są jeszcze fani gry. Nie wiadomo do końca, czego oczekują. „Wiernej ekranizacji”, słyszy się najczęściej. Dobrze, tylko co ma ta wierna ekranizacja zawierać? Wspomniane godzinne bieganie po pomieszczeniach i zbieranie przedmiotów? Czy godzinę skakania po dachach i walk na miecze? Taki obraz przyjęliby pewnie tylko zatwardziali fani „Prince of Persia”, ale wytwórnie nie celują w niewielką grupkę sympatyków akrobacji Księcia, ale w jak największy tabun ludzi. Produkcja musi się zwrócić, nie można liczyć, że tak się stanie, gdy do kina tylko pójdą fani serii.

Wraca zatem pytanie z początku tekstu. Czy gry nie nadają się do bycia ekranizowanymi? Może się mylę, albo patrzę na wszystko zbyt jednostronnie, ale – chyba nie, nie nadają się. A te, które się nadają, wyjątki potwierdzające regułę – nie trzeba ich przenosić na ekran.

  • http://warstwy.com adone

    No to co? Tomek, świetnie napisane:) Daje do myślenia. Ja uważam, że gry nie nadają się do bycia ekranizowanymi. Trzeba by (jak piszesz) wziąć postać i parę innych elementów, a całą resztę zbudować od nowa. Nawet jakby fajne dzieło wyszło to recenzenci i fani gry zajadą takie coś, bo to już nie to co gra. I nic innego się nie liczy.

    Batman, SpiderMan postaci komiksowe lepiej mi się ogląda na filmie, choć tu teoretycznie gry też powinny się sprawdzić, dialogi to chmurki, trzeba tylko tego patosu dorobić. Co o tym myślisz?

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Ja myślę, że ekranizacje komiksowe są tylko o jeden poziom wyżej, niż te growe. Na przykład taki „Iron Man”, wszyscy się spermią pierwszym filmem, że ponoć epicki i najlepsza ekranizacja komiksowa ever. Dla mnie? Bardzo średni film, słaby nawet (mimo obsady, efektów). „Batmany” Nolana? Burtona lepsze. „Spider-Man”? Z Maguire’m? Nyga plz.

    Komiksy są dużo lepsze, bardzo lubię przerzucać „Iron Mana”, „Batmana” („Azyl Arkhanm” to dla mnie nadal mocny Top 5).

    Wydaje mi się, że ekranizacje komiksów mają dużo większe budżety, niż ekranizacje gier. Dlatego mają lepszych scenarzystów i lepszą historię.