Growe ekranizacje?

Tomek — 04.08.2010 — GraKomentarze (5) — Tagi: ,

Od małego byłem fanem gier. Na początku krę­ciła mnie po pro­stu roz­grywka, ale póź­niej, w cza­sach Play­Sta­tion, mojej rosną­cej zna­jo­mo­ści angiel­skiego i umi­ło­wa­nia do fil­mów zaczą­łem inte­re­so­wać się innym aspek­tem elek­tro­nicz­nej roz­rywki — fabułą. W sumie, wiele gier jej nie miało, albo miało ją dość biedną, ale zda­rzały się perełki (przy­naj­mniej dla mnie, ucznia podstawówki).

Taką perła z pew­no­ścią była jedna z moich pierw­szych gier, w któ­rych nie cho­dziło o naukę kom­bi­na­cji przy­ci­sków — „Resi­dent Evil 2″. Po ogra­niu dema byłem nasta­wiony dość scep­tycz­nie, ale z bie­giem czasu (dosłow­nie, demo pozwa­lało jedy­nie na dzie­sięć minut roz­grywki) pro­dukt urósł mi w oczach do rangi „muszę to mieć, już“. Recen­zja w „Offi­cial Play­Sta­tion Maga­zine“ i ocena 9/10 tylko upew­niła mnie w prze­ko­na­niu. Od początku gry inte­re­so­wała mnie jej otoczka. „Co“, „dla­czego“, „skąd ich tyle“ — takie m.in. pyta­nia zada­wa­łem sobie brnąc przez nie­przy­ja­zne ulice Racoon City, następ­nie przez kory­ta­rze komi­sa­riatu poli­cji, kanały, aż do fabryki złej firmy, w trak­cie czy­ta­jąc wsze­la­kie pamięt­niki, raporty, dia­logi (notu­jąc każde nie­zro­zu­miałe słowo i spraw­dza­jąc je w szkol­nym słow­niku w biblio­tece). Oczy­wi­stym dla mnie stało się, że ktoś musiał nakrę­cić film na pod­sta­wie tak genial­nej histo­rii! Nie­stety lata 90-te to nie era Inter­netu w każ­dym domu czy szkole, dla­tego musia­łem infor­ma­cji zasię­gnąć gdzie indziej — w wypo­ży­czalni wideo, miej­scu, gdzie każdy mnie znał. Szybko oka­zało się, że moje „oczy­wi­ste“ zało­że­nia wcale takimi nie były, i nikt nie pod­chwy­cił tematu. Do czasu.

W gim­na­zjum usły­sza­łem, że jakiś koleś zabrał się za ekra­ni­za­cję „Resi­dent Evil“, główną rolę zagra Milla Jovo­vich, całość będzie się działa w posia­dło­ści, kli­mat ma być „growy“. „Pierw­sza część, whoa!“, pomy­śla­łem. Do tego, cał­kiem sku­tecz­nie nakrę­cił mnie klip Slipk­nota „My Pla­gue“, z uryw­kami filmu. Cze­ka­łem jak pajac na pre­mierę VHS, a w mię­dzy­cza­sie kupi­łem czyt­nik DVD do kom­pu­tera, i wypo­ży­czy­łem film już w wer­sji cyfro­wej. Byłem naprawdę nagrzany na ten film, dla­tego bar­dzo zabo­lał mnie fakt, że z gry została prak­tycz­nie tylko nazwa, zom­bie, Umbrella, i koń­cowy prze­ciw­nik. Mimo to obej­rza­łem obraz pana Ander­sona raz, i potem drugi, dla pew­no­ści. Nie­stety, pierw­sze wra­że­nie jed­nak było dobre — ten film to straszne gówno. Dom naszpi­ko­wany zasadz­kami (zero moty­wów typu „szu­ka­nie klu­cza“ czy „ukła­da­nie obra­zów w kolej­no­ści“), które można wyłą­czyć przez kom­pu­ter albo zręczne ska­ka­nie, tabuny żywych tru­pów, przed któ­rymi trzeba ucie­kać, brak jakie­go­kol­wiek kli­matu. Ta, szkoda. Druga część filmu powstała sto­sun­kowo szybko, zabie­ra­jąc akcję do cza­sów wyda­rzeń z trze­ciej czę­ści gry (czyli, w sumie, chro­no­lo­gicz­nie). Poja­wiły się postaci z gry — Jill, i jej naj­więk­szy neme­zis — Neme­sis. Nie­stety ta ekra­ni­za­cja oka­zała się być jesz­cze gor­sza. Wła­ści­wie — to jest tak okropna, że „trójkę“ w ogóle odpuściłem.

Ale, zanim było „Resi­dent Evil“, na ekrany z hukiem weszło „Mor­tal Kom­bat“, reży­se­rii… Paula Wil­liama Scotta Ander­sona! Byłem lekko zdzi­wiony, bo prze­cież ta gra nie ma fabuły. To zna­czy, coś tam ma, ale bar­dziej na zasa­dzie „jakiś test — WALKA WALKA WALKA KONTINUE WALKA WALKA KONTINUE WALKA — jakiś tekst“, sami wie­cie. Film przed­sta­wiał wyda­rze­nia z gry, roz­wi­jał je, ale — zgod­nie z ocze­ki­wa­niami — duża część to walka. Muszę przy­znać, że w 1997 roku film cho­ler­nie mi się podo­bał, wła­śnie ze względu na liczne sceny poje­dyn­ków, dość efek­tow­nych, jak na tamte czasy, zresztą. Teraz oglą­dam ten film z nie­cie­ka­wym wyra­zem twa­rzy (musia­łem sobie przy­po­mnieć, o co tam cho­dziło na potrzeby tego tek­stu). Ale happy end jest fajny!

Wyniki sprze­daży bile­tów były tak fajne, że nakrę­cili kon­ty­nu­ację, „Mor­tal Kom­bat: Anni­hi­la­tion“, reży­se­ro­wana przed dwóch braci. Duża nie­spo­dzianka to fakt poja­wie­nia się masy postaci z uni­wer­sum — i faj­nie. Szkoda tylko, że film w ogóle nie ma sce­na­riu­sza, ani tym bar­dziej sensu! Chciał­bym coś cie­ka­wego tu napi­sać, ale nie mam nic do powie­dze­nia. To po pro­stu straszny gniot, któ­rego wolał­bym nigdy nie widzieć, i żyć w bło­giej nie­świa­do­mo­ści (musiał­bym omi­jać Inter­net, w któ­rym obraz mie­szają z bło­tem na każ­dym kroku, ale to szczegół).

Jeżeli myśli­cie, że obie czę­ści „Mor­tal Kom­bat“ były słabe, to teraz złap­cie się za gacie. „Super Mario Bros.“, ame­ry­kań­ska pro­duk­cja z 1993 roku, to w moim pry­wat­nym ran­kingu, naj­gor­sza ekra­ni­za­cja cze­go­kol­wiek, i naj­lep­szy film na świe­cie jed­no­cze­śnie. Z tym dru­gim żarto­wa­łem, dobra, ale z pierw­szym nie. Wieść o fil­mie to dość zaska­ku­jące info — znowu, „Mario“ nie ma prak­tycz­nie żadnej fabuły. Bow­ser porwał kró­lewnę, wbi­jasz do setki zam­ków, w jed­nym znaj­du­jesz dzie­wu­chę. Koniec. Ale od czego jest „potęga marki“ i „sce­na­rzy­ści“. Twórcy filmu tak naprawdę tego nie wie­dzieli, ale zda­wało im się ina­czej. Dla­tego wsa­dzili w pro­duk­cję grubą kasę, zatrud­nili dobrych akto­rów — Boba Hoskinsa, Den­nisa Hop­pera, Lance’a Henriksen’a (zio­mek z „Obcych“) i Johna Legu­izamo (popu­larny wów­czas fil­mowy side­kick), skle­pali naj­bar­dziej bez­sen­sowną i abs­trak­cyjną (w złym sen­sie) histo­rię, zawie­ra­jącą m.in. ser do pizzy nazy­wany „grzy­bami“, jasz­czurki w płasz­czach, bły­sko­tli­wie głu­pie dia­logi, czy… zobacz­cie sami. Dość powie­dzieć, że ekra­ni­za­cja tra­fia regu­lar­nie na zesta­wie­nia naj­gor­szych fil­mów, w wielu kategoriach.

Ale zaraz, są i dobre ekra­ni­za­cje. Z odpo­wied­nim podej­ściem, za taką można uznać „Street Figh­ter“, z Van Damme’m i Julia’ą. „Zaraz, ten film jest uzna­wany za okropne gówno, stary!“. Fakt, jest, nie wiem, dla­czego. Oso­bi­ście trak­tuję go jako luźną, bar­dzo kiczo­watą i zabawną histo­ryjkę. Co prawda zabra­kło tu hadu­oke­nów, sho­ry­uke­nów, kom­bo­sów na pięć­dzie­siąt cio­sów, ale co z tego. Film jest głupi i pach­nie kiczem (nie­za­mie­rzo­nym zdaje się) na kilo­metr, ale dzięki temu jest zabawny. Z Ryu i Kena zro­bili zło­dziei, z Chun Li repor­terkę, z Bal­roga i Hondy ope­ra­to­rów kamery. Sagat to gruba ryba na rynku prze­my­tów i nie­le­gal­nych walk, a Vega to jego kla­kier i bożysz­cze star­szych babć. Nie prze­ko­nuje Was to? Niemożliwe.

Jest tych fil­mów jesz­cze sporo, ale raz, że wszyst­kich nie widzia­łem (szkoda mi czasu, a cie­ka­wość już nie ta, co kie­dyś), dwa, że nie doty­kają bosko­ści wymie­nio­nych tu tytu­łów (strzały Bolla to osobna para kalo­szy), przez co stają się nie­warte wspo­mnie­nia. Nie­mniej jed­nak te kilka opi­sa­nych tutaj tytu­łów zdaje się poka­zy­wać przy­kry fakt — gier nie da się ekra­ni­zo­wać. Na odwrót zresztą też jest wąsko (jakaś dobra gra na pod­sta­wie filmu anyone?).

5 komentarze/y

  1. adone pisze:

    Hmm. Spe­cja­li­stą od gier i ekra­ni­za­cji to ja nie jestem, więc nie mogę się kon­struk­tyw­nie co do wątku wypo­wie­dzieć. Nie­wiele w swoim życiu gier prze­sze­dłem, a jedną z naj­cie­kaw­szych była Mafia. Być może mówie­nie o wiel­kiej fabule w przy­padku tej gry to by była prze­sada, ale coś ona w sobie miała. Ciężko o to, żeby była ekra­ni­zo­wana, bo ona sama bazuje moim zda­niem na paten­tach z kla­sy­ków fil­mo­wych i lite­rac­kich tego typu.

    Innym przy­kła­dem jest np. Medal of Honor, chyba w pierw­szą odsłonę tylko mia­łem przy­jem­ność pograć. Też były fajne patenty, które potem odna­la­złem w świet­nych serialach.

  2. adone pisze:

    Do głowy przy­cho­dzi mi jesz­cze Hit­man. Gra była upier­dliwa, ale fajna. Z tego co wiem miała być zekra­ni­zo­wana. Nie śledzi­łem wątku.

    Tytuły Resi­dent Evil, Mor­tal Kom­bat, Street Figh­ter, Super Mario znam. Klasyki.

    Wstyd mi jed­nak, że tematu nie znam. Zary­zy­kuję jed­nak i zapy­tam o Wiedź­mina. Z tego co pamię­tam była jakaś pol­ska gra bazu­jąca na opo­wia­da­niu, czy fil­mie? Sorry, jeśli się mylę, ale to nie moja działka.

  3. Medal of Honor“ miało dość sporo odnie­sień do „Sze­re­gowca Ryana“, podob­nie jak pierw­sze „Call of Duty“ i począ­tek ostat­niej kam­pa­nii to żywcem prze­nie­sione pierw­sze minuty „Wroga u bram“.

    Hit­mana“ zekra­ni­zo­wali, nie widzia­łem, bo ponoć średni. Nie jest ani dobry, ani zły, dla­tego odpu­ści­łem. „Wiedź­min“ na PCty wsko­czył w chyba dwa lata temu, nie mia­łem jesz­cze oka­zji zagrać, ale to będzie bar­dziej gra na pod­sta­wie ksią­żek Sap­kow­skiego, niż na pod­sta­wie tego cierp­kiego gówna z Żebrowskim.

  4. Ostat­nio w ogóle nie mam czasu grać, ani oglą­dać fil­mów, bo szu­kam jakiejś roboty na umowę-zlecenie, i więk­szość czasu zaj­muje mi pusz­cza­nie maili z folio, spraw­dza­nie skrzynki i tak dalej :< I praca przy naszym-tajnym-startupie!

  5. […] Przed prze­czy­ta­niem zachę­cam do przej­rze­nia poprzed­niego wpisu. […]

Dodaj komentarz