Od małego byłem fanem gier. Na początku kręciła mnie po prostu rozgrywka, ale później, w czasach PlayStation, mojej rosnącej znajomości angielskiego i umiłowania do filmów zacząłem interesować się innym aspektem elektronicznej rozrywki – fabułą. W sumie, wiele gier jej nie miało, albo miało ją dość biedną, ale zdarzały się perełki (przynajmniej dla mnie, ucznia podstawówki).

Taką perła z pewnością była jedna z moich pierwszych gier, w których nie chodziło o naukę kombinacji przycisków – „Resident Evil 2″. Po ograniu dema byłem nastawiony dość sceptycznie, ale z biegiem czasu (dosłownie, demo pozwalało jedynie na dziesięć minut rozgrywki) produkt urósł mi w oczach do rangi „muszę to mieć, już”. Recenzja w „Official PlayStation Magazine” i ocena 9/10 tylko upewniła mnie w przekonaniu. Od początku gry interesowała mnie jej otoczka. „Co”, „dlaczego”, „skąd ich tyle” – takie m.in. pytania zadawałem sobie brnąc przez nieprzyjazne ulice Racoon City, następnie przez korytarze komisariatu policji, kanały, aż do fabryki złej firmy, w trakcie czytając wszelakie pamiętniki, raporty, dialogi (notując każde niezrozumiałe słowo i sprawdzając je w szkolnym słowniku w bibliotece). Oczywistym dla mnie stało się, że ktoś musiał nakręcić film na podstawie tak genialnej historii! Niestety lata 90-te to nie era Internetu w każdym domu czy szkole, dlatego musiałem informacji zasięgnąć gdzie indziej – w wypożyczalni wideo, miejscu, gdzie każdy mnie znał. Szybko okazało się, że moje „oczywiste” założenia wcale takimi nie były, i nikt nie podchwycił tematu. Do czasu.

W gimnazjum usłyszałem, że jakiś koleś zabrał się za ekranizację „Resident Evil”, główną rolę zagra Milla Jovovich, całość będzie się działa w posiadłości, klimat ma być „growy”. „Pierwsza część, whoa!”, pomyślałem. Do tego, całkiem skutecznie nakręcił mnie klip Slipknota „My Plague”, z urywkami filmu. Czekałem jak pajac na premierę VHS, a w międzyczasie kupiłem czytnik DVD do komputera, i wypożyczyłem film już w wersji cyfrowej. Byłem naprawdę nagrzany na ten film, dlatego bardzo zabolał mnie fakt, że z gry została praktycznie tylko nazwa, zombie, Umbrella, i końcowy przeciwnik. Mimo to obejrzałem obraz pana Andersona raz, i potem drugi, dla pewności. Niestety, pierwsze wrażenie jednak było dobre – ten film to straszne gówno. Dom naszpikowany zasadzkami (zero motywów typu „szukanie klucza” czy „układanie obrazów w kolejności”), które można wyłączyć przez komputer albo zręczne skakanie, tabuny żywych trupów, przed którymi trzeba uciekać, brak jakiegokolwiek klimatu. Ta, szkoda. Druga część filmu powstała stosunkowo szybko, zabierając akcję do czasów wydarzeń z trzeciej części gry (czyli, w sumie, chronologicznie). Pojawiły się postaci z gry – Jill, i jej największy nemezis – Nemesis. Niestety ta ekranizacja okazała się być jeszcze gorsza. Właściwie – to jest tak okropna, że „trójkę” w ogóle odpuściłem.

Ale, zanim było „Resident Evil”, na ekrany z hukiem weszło „Mortal Kombat”, reżyserii… Paula Williama Scotta Andersona! Byłem lekko zdziwiony, bo przecież ta gra nie ma fabuły. To znaczy, coś tam ma, ale bardziej na zasadzie „jakiś test – WALKA WALKA WALKA KONTINUE WALKA WALKA KONTINUE WALKA – jakiś tekst”, sami wiecie. Film przedstawiał wydarzenia z gry, rozwijał je, ale – zgodnie z oczekiwaniami – duża część to walka. Muszę przyznać, że w 1997 roku film cholernie mi się podobał, właśnie ze względu na liczne sceny pojedynków, dość efektownych, jak na tamte czasy, zresztą. Teraz oglądam ten film z nieciekawym wyrazem twarzy (musiałem sobie przypomnieć, o co tam chodziło na potrzeby tego tekstu). Ale happy end jest fajny!

Wyniki sprzedaży biletów były tak fajne, że nakręcili kontynuację, „Mortal Kombat: Annihilation”, reżyserowana przed dwóch braci. Duża niespodzianka to fakt pojawienia się masy postaci z uniwersum – i fajnie. Szkoda tylko, że film w ogóle nie ma scenariusza, ani tym bardziej sensu! Chciałbym coś ciekawego tu napisać, ale nie mam nic do powiedzenia. To po prostu straszny gniot, którego wolałbym nigdy nie widzieć, i żyć w błogiej nieświadomości (musiałbym omijać Internet, w którym obraz mieszają z błotem na każdym kroku, ale to szczegół).

Jeżeli myślicie, że obie części „Mortal Kombat” były słabe, to teraz złapcie się za gacie. „Super Mario Bros.”, amerykańska produkcja z 1993 roku, to w moim prywatnym rankingu, najgorsza ekranizacja czegokolwiek, i najlepszy film na świecie jednocześnie. Z tym drugim żartowałem, dobra, ale z pierwszym nie. Wieść o filmie to dość zaskakujące info – znowu, „Mario” nie ma praktycznie żadnej fabuły. Bowser porwał królewnę, wbijasz do setki zamków, w jednym znajdujesz dziewuchę. Koniec. Ale od czego jest „potęga marki” i „scenarzyści”. Twórcy filmu tak naprawdę tego nie wiedzieli, ale zdawało im się inaczej. Dlatego wsadzili w produkcję grubą kasę, zatrudnili dobrych aktorów – Boba Hoskinsa, Dennisa Hoppera, Lance’a Henriksen’a (ziomek z „Obcych”) i Johna Leguizamo (popularny wówczas filmowy sidekick), sklepali najbardziej bezsensowną i abstrakcyjną (w złym sensie) historię, zawierającą m.in. ser do pizzy nazywany „grzybami”, jaszczurki w płaszczach, błyskotliwie głupie dialogi, czy… zobaczcie sami. Dość powiedzieć, że ekranizacja trafia regularnie na zestawienia najgorszych filmów, w wielu kategoriach.

Ale zaraz, są i dobre ekranizacje. Z odpowiednim podejściem, za taką można uznać „Street Fighter”, z Van Damme’m i Julia’ą. „Zaraz, ten film jest uznawany za okropne gówno, stary!”. Fakt, jest, nie wiem, dlaczego. Osobiście traktuję go jako luźną, bardzo kiczowatą i zabawną historyjkę. Co prawda zabrakło tu haduokenów, shoryukenów, kombosów na pięćdziesiąt ciosów, ale co z tego. Film jest głupi i pachnie kiczem (niezamierzonym zdaje się) na kilometr, ale dzięki temu jest zabawny. Z Ryu i Kena zrobili złodziei, z Chun Li reporterkę, z Balroga i Hondy operatorów kamery. Sagat to gruba ryba na rynku przemytów i nielegalnych walk, a Vega to jego klakier i bożyszcze starszych babć. Nie przekonuje Was to? Niemożliwe.

Jest tych filmów jeszcze sporo, ale raz, że wszystkich nie widziałem (szkoda mi czasu, a ciekawość już nie ta, co kiedyś), dwa, że nie dotykają boskości wymienionych tu tytułów (strzały Bolla to osobna para kaloszy), przez co stają się niewarte wspomnienia. Niemniej jednak te kilka opisanych tutaj tytułów zdaje się pokazywać przykry fakt – gier nie da się ekranizować. Na odwrót zresztą też jest wąsko (jakaś dobra gra na podstawie filmu anyone?).

  • http://warstwy.com adone

    Hmm. Specjalistą od gier i ekranizacji to ja nie jestem, więc nie mogę się konstruktywnie co do wątku wypowiedzieć. Niewiele w swoim życiu gier przeszedłem, a jedną z najciekawszych była Mafia. Być może mówienie o wielkiej fabule w przypadku tej gry to by była przesada, ale coś ona w sobie miała. Ciężko o to, żeby była ekranizowana, bo ona sama bazuje moim zdaniem na patentach z klasyków filmowych i literackich tego typu.

    Innym przykładem jest np. Medal of Honor, chyba w pierwszą odsłonę tylko miałem przyjemność pograć. Też były fajne patenty, które potem odnalazłem w świetnych serialach.

  • http://warstwy.com adone

    Do głowy przychodzi mi jeszcze Hitman. Gra była upierdliwa, ale fajna. Z tego co wiem miała być zekranizowana. Nie śledziłem wątku.

    Tytuły Resident Evil, Mortal Kombat, Street Fighter, Super Mario znam. Klasyki.

    Wstyd mi jednak, że tematu nie znam. Zaryzykuję jednak i zapytam o Wiedźmina. Z tego co pamiętam była jakaś polska gra bazująca na opowiadaniu, czy filmie? Sorry, jeśli się mylę, ale to nie moja działka.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    „Medal of Honor” miało dość sporo odniesień do „Szeregowca Ryana”, podobnie jak pierwsze „Call of Duty” i początek ostatniej kampanii to żywcem przeniesione pierwsze minuty „Wroga u bram”.

    „Hitmana” zekranizowali, nie widziałem, bo ponoć średni. Nie jest ani dobry, ani zły, dlatego odpuściłem. „Wiedźmin” na PCty wskoczył w chyba dwa lata temu, nie miałem jeszcze okazji zagrać, ale to będzie bardziej gra na podstawie książek Sapkowskiego, niż na podstawie tego cierpkiego gówna z Żebrowskim.

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Ostatnio w ogóle nie mam czasu grać, ani oglądać filmów, bo szukam jakiejś roboty na umowę-zlecenie, i większość czasu zajmuje mi puszczanie maili z folio, sprawdzanie skrzynki i tak dalej :< I praca przy naszym-tajnym-startupie!

  • Pingback: Growe ekranizacje – uzupełnienie | tomek.buszewski.com()