Pełnometrażówka „Cowboy Bebop” to chyba jeden z najpopularniejszych filmów anime w ogóle. Pewnie po części pomogło mu tu bycie pełnometrażówką świetnego i uznanego serialu, ale chyba i bez tego obraz obroniłby się. To po prostu bardzo dobry film sensacyjny z lekką nutą komedii i sci-fi.

Historia kręci się wokół zamachu terrorystycznego, podczas którego zdetonowana zostaje ciężarówka zawierająca nieznany wirus, powoli zabijający ludzi. Początkowo ekipa statku Bebop kompletnie olewa sprawę, ale kiedy za sprawcę zostaje wyznaczona olbrzymia nagroda, ruszają do akcji. I przez dwie godziny tej akcji jest sporo, i dla fanów walk wręcz i popisów Spike’a, i dla fanów strzelania i… popisów Spike’a? Tak, tutaj, jak w mało którym odcinku, wszystkie inne postaci są zepchnięte na bok, a Spiegel bryluje przez zdecydowaną większość czasu, udanie na szczęście. Gdy dowiedziałem się o tym, bałem się, że to skupienie na jednym bohaterze może skrzywdzić obraz, ale na szczęście tak się nie stało. W końcu Spike to jeden z najbardziej charyzmatycznych bohaterów w ogóle.

Na osobny akapit zasługuje czarny charakter. Tajemniczy, wiecznie milczący, ubrany na czarno zdaje się być schematyczny do bólu. I może faktycznie taki jest, jednak to nie przeszkadza czuć do niego respekt, szczególnie po świetnej scenie w pociągu, kiedy praktycznie bez problemu (i ze sporą dozą brutalności) pokonuje Spiegela w walce wręcz. Na początku przedstawiany jako zwykły szaleniec (chociaż od razu twórcy delikatnie sugerują, że wcale tak nie będzie), wraz z rozwojem wydarzeń staje się niemal postacią tragiczną, ale nadal w przyjemnym klimacie Bebopa.

Największą różnicą między tym filmem, a każdym z odcinków serialu nie są, jak mogłoby się wydawać, długość ani spektrum wydarzeń, a reżyseria. Watanabe postawił w dużej mierze na bardziej filmowe ujęcia, znane z kasowych przebojów lat 90-tych, i spory rozmach, ale nie tracąc przy tym wypracowanego wcześniej stylu. To działa w dość dwusieczny sposób – z jednej strony fajnie ogląda się takie rzeczy, i widać że to celowa stylizacja, nie silenie się na bycie hollywoodzkim reżyserem, z drugiej brakuje przez to tego czaru, i poniekąd klimatu, którym epatował każdy epizod serii.

Niestety widać, że długość obrazu została trochę podciągnięta. Pojawia się sporo dłużyzn, często niepotrzebnych, zapychających czas ekranowy i będących luźnymi łącznikami przed etapami obfitymi w elementy popychające historię faktycznie do przodu. Trochę szkoda, bo według mnie, film spokojnie mógł trwać 15-20 minut mniej, a być bardziej zwięzły, skondensowany. Brakuje też wątków science-fiction. Niby ekipa co jakiś czas siedzi na Bebopie, czy lata swoimi maszynami, a Ed bawi się komputerem, ale są to tylko poboczne motywy. Zdecydowana większość czasu to akcja na ziemi (nie widać, że to Mars), w obskurnych dzielnicach, starych budynkach, przypominających bardziej Nowy Jork, niż dopiero co zasiedloną planetę, znaną z serialu.

Technicznie jest nieco lepiej (pewnie dzięki budżetowi) niż w serialu, obraz jest bardziej dokładny, i w widescreen (szczególnie daje kopa przy oglądaniu wersji na Blu-Ray). Dźwięk stoi na równie wysokim poziomie, aktorzy spisali się bardzo fajnie, a Yoko Kanno ponownie dostarczyła świetną muzykę. Mimo wspomnianych dłużyzn, ogląda się go świetnie, dla fanów serialu – pozycja obowiązkowa. Dla reszty – z pewnością zalecana.

Ciekawostka (może zawierać spoilery): Wciąż traw spór, kiedy dzieje się akcja filmu. Według jednych jest to szczelina między 22. a 23. odcinkiem „Cowboy Bebop”, na co wskazywać może np. emisja programu „Big Shot”, który w epizodzie „Brain Scratch” został zdjęty z anteny. Druga teoria sugeruje, głównie przez urywki, podczas których Spike budzony przez Jet’a przewraca się tylko na drugi bok, że całość dzieje się w umyśle Spiegela, będąc jego snem lub halucynacją. Która teoria jest prawdziwa? Nie wiem, i szczerze mówiąc, nie chce wiedzieć.