Shinichiro Watanabe #2 – „Cowboy Bebop“

Tomek — 07.07.2010 — AnimeKomentarze (0) — Tagi: , ,
Shinichiro Watanabe #2 – "Cowboy Bebop"

Szlag mnie tra­fia, że w Pol­sce zde­cy­do­wana więk­szość ludzi koja­rzy anime jedy­nie z dziew­czyn­kami w krót­kich spód­nicz­kach, z wiel­kimi oczami i różo­wymi wło­sami. Serio, bo nie dość że to głu­pie ste­reo­ty­powe myśle­nie oparte na jakimś obrazku, jakich pełno na takich blo­gach, to jesz­cze kolega się ze mnie śmieje, że oglą­dam takie pier­doły. Na szczę­ście mogę go olać, i zacząć pla­no­wać kolejną sesję z dwu­dzie­stoma czte­rema odcin­kami „Cow­boy Bebop“.

Oglą­da­łem ten serial już pięć razy, ale nadal czuję nie­do­syt. Nadal czuję, że kolejne oglą­da­nie da mi taką samą satys­fak­cję, jaką dało dwa tygo­dnie temu, i jesz­cze wcze­śniej. No i wiem, że te mniej-więcej dwa­na­ście godzin, to będzie czas spę­dzony bar­dzo, bar­dzo dobrze.

Dobrze, a o czym w ogóle jest ten „Bebop“? Dobre pyta­nie. Teo­re­tycz­nie, o czte­rech zupeł­nie róż­nych oso­bach, każde z dużym baga­żem doświad­czeń i prze­szło­ścią wgry­zioną głę­boko. O Jet’cie, byłym poli­cjan­cie, spo­koj­nym, ale i zde­cy­do­wa­nym łowcy głów. O jego narwa­nym współ­pra­cow­niku, nie­gdyś członku mafii, Spike’u. O ich kole­żance (a może kimś wię­cej), Faye, i o dziw­nej dziew­czynce imie­niem Edward. A, no i jest jesz­cze pies, Ein. Histo­ria przed­sta­wiona przez Wata­nabe w tych dwu­dzie­stu czte­rech pół­go­dzin­nych odcin­kach wydaje się być pro­sta. Spike i Jet(potem rów­nież i Faye) są, jak napi­sa­łem, łowcami głów. W latach 70-tych XXI wieku to dobry zawód, bo odkąd podróże w kosmos i cywi­li­za­cja pra­wie całej galak­tyki stała się fak­tem, poli­cjanci stra­cili kon­trolę nad prze­stęp­czo­ścią. Mimo ziden­ty­fi­ko­wa­nia ściga­nego, nie są w sta­nie zna­leźć go na księ­ży­cach Jowi­sza, na Mar­sie, na Ziemi, a może jesz­cze gdzieś indziej. Do tego są potrzebni kow­boje, kole­sie, któ­rzy znajdą i dostar­czą poszu­ki­wa­nego, całego i zdro­wego, do celi. Natu­ral­nie, za opłatą, a ta wyra­żana jest w jedy­nej obo­wią­zu­ją­cej walu­cie — woolongach.

Miej­sca akcji są bar­dzo zróż­ni­co­wane, i to jest duży atut serialu. Zie­mia, nisz­czona przez cią­głe desz­cze mete­ory­tów, piękny, dopiero co osie­dlony Mars, czy baza boha­te­rów — sta­tek „Bebop“ — te wszyst­kie miej­sca mają swój uni­kalny kli­mat, swój feel, udzie­la­jący się widzowi od pierw­szej minuty. Zresztą, tak samo jak i same wyda­rze­nia — w jed­nym odcinku poszu­ki­wany to zło­dziej, mający na celow­niku psa, w innym z kolei eks­plo­ato­wana jest nie­szczę­śliwa miłość, któ­rej Spike pod­po­rząd­ko­wuje każde dzia­ła­nie. Tutaj warto zwró­cić uwagę na wywa­że­nie nastroju — raz jest bar­dzo lekki, przy­jemny, zabawny, i wtedy epi­zod pływa w jasnych, miłych kolo­rach. Innym razem domi­nują ciemne barwy, i wtedy i trak­to­wa­nie tre­ści jest poważniejsze.

Nie napi­sa­łem jesz­cze o rze­czy sza­le­nie waż­nej, mia­no­wi­cie — o muzyce. Za tą stoi zna­joma Wata­nabe — Yoko Kanno, i jej zespół (stwo­rzony spe­cjal­nie by nagrać ten sound­track) Seat­belts. Jak wska­zuje nazwa serii — dźwięki na pewno będą oscy­lo­wać w oko­li­cach jazzu. I tak też jest, ale nie tylko. Ciężko wymie­nić wszyst­kie gatunki, jakie Japonka umie­ściła na ścieżce, ale dla przy­kładu — wspo­mniany jazz, rock, soul, funk, muzyka elek­tro­niczna. Wymie­niać można długo. Na szczę­ście reży­ser nie zmar­no­wał poten­cjału, i utwory zawsze poja­wiają się wtedy, kiedy powinny, dopeł­nia­jąc atmos­ferę. Poza tym, wyszło ponad dzie­sięć płyt z muzyką z serialu, pole­cam posłu­chać cho­ciaż czę­ści gdzieś w sieci.

Powo­lutku koń­czy mi się amu­ni­cja, zatem czas na pod­su­mo­wa­nie. A jakie ono może być, skoro nie wymie­ni­łem ani jed­nej wady? Natu­ral­nie — pole­cam serial każ­demu, nawet ludziom, któ­rzy od anime stro­nią za wszelką cenę. Dobra, sta­ranna ani­ma­cja, świetna muzyka, dosko­nała histo­ria naje­żona rów­nie dobrymi posta­ciami — czego chcieć wię­cej? Nie­długo recen­zja pełnometrażówki!

  • 10 / 10

Dodaj komentarz