Szlag mnie trafia, że w Polsce zdecydowana większość ludzi kojarzy anime jedynie z dziewczynkami w krótkich spódniczkach, z wielkimi oczami i różowymi włosami. Serio, bo nie dość że to głupie stereotypowe myślenie oparte na jakimś obrazku, jakich pełno na takich blogach, to jeszcze kolega się ze mnie śmieje, że oglądam takie pierdoły. Na szczęście mogę go olać, i zacząć planować kolejną sesję z dwudziestoma czterema odcinkami „Cowboy Bebop”.

Oglądałem ten serial już pięć razy, ale nadal czuję niedosyt. Nadal czuję, że kolejne oglądanie da mi taką samą satysfakcję, jaką dało dwa tygodnie temu, i jeszcze wcześniej. No i wiem, że te mniej-więcej dwanaście godzin, to będzie czas spędzony bardzo, bardzo dobrze.

Dobrze, a o czym w ogóle jest ten „Bebop”? Dobre pytanie. Teoretycznie, o czterech zupełnie różnych osobach, każde z dużym bagażem doświadczeń i przeszłością wgryzioną głęboko. O Jet’cie, byłym policjancie, spokojnym, ale i zdecydowanym łowcy głów. O jego narwanym współpracowniku, niegdyś członku mafii, Spike’u. O ich koleżance (a może kimś więcej), Faye, i o dziwnej dziewczynce imieniem Edward. A, no i jest jeszcze pies, Ein. Historia przedstawiona przez Watanabe w tych dwudziestu czterech półgodzinnych odcinkach wydaje się być prosta. Spike i Jet(potem również i Faye) są, jak napisałem, łowcami głów. W latach 70-tych XXI wieku to dobry zawód, bo odkąd podróże w kosmos i cywilizacja prawie całej galaktyki stała się faktem, policjanci stracili kontrolę nad przestępczością. Mimo zidentyfikowania ściganego, nie są w stanie znaleźć go na księżycach Jowisza, na Marsie, na Ziemi, a może jeszcze gdzieś indziej. Do tego są potrzebni kowboje, kolesie, którzy znajdą i dostarczą poszukiwanego, całego i zdrowego, do celi. Naturalnie, za opłatą, a ta wyrażana jest w jedynej obowiązującej walucie – woolongach.

Miejsca akcji są bardzo zróżnicowane, i to jest duży atut serialu. Ziemia, niszczona przez ciągłe deszcze meteorytów, piękny, dopiero co osiedlony Mars, czy baza bohaterów – statek „Bebop” – te wszystkie miejsca mają swój unikalny klimat, swój feel, udzielający się widzowi od pierwszej minuty. Zresztą, tak samo jak i same wydarzenia – w jednym odcinku poszukiwany to złodziej, mający na celowniku psa, w innym z kolei eksploatowana jest nieszczęśliwa miłość, której Spike podporządkowuje każde działanie. Tutaj warto zwrócić uwagę na wyważenie nastroju – raz jest bardzo lekki, przyjemny, zabawny, i wtedy epizod pływa w jasnych, miłych kolorach. Innym razem dominują ciemne barwy, i wtedy i traktowanie treści jest poważniejsze.

Nie napisałem jeszcze o rzeczy szalenie ważnej, mianowicie – o muzyce. Za tą stoi znajoma Watanabe – Yoko Kanno, i jej zespół (stworzony specjalnie by nagrać ten soundtrack) Seatbelts. Jak wskazuje nazwa serii – dźwięki na pewno będą oscylować w okolicach jazzu. I tak też jest, ale nie tylko. Ciężko wymienić wszystkie gatunki, jakie Japonka umieściła na ścieżce, ale dla przykładu – wspomniany jazz, rock, soul, funk, muzyka elektroniczna. Wymieniać można długo. Na szczęście reżyser nie zmarnował potencjału, i utwory zawsze pojawiają się wtedy, kiedy powinny, dopełniając atmosferę. Poza tym, wyszło ponad dziesięć płyt z muzyką z serialu, polecam posłuchać chociaż części gdzieś w sieci.

Powolutku kończy mi się amunicja, zatem czas na podsumowanie. A jakie ono może być, skoro nie wymieniłem ani jednej wady? Naturalnie – polecam serial każdemu, nawet ludziom, którzy od anime stronią za wszelką cenę. Dobra, staranna animacja, świetna muzyka, doskonała historia najeżona równie dobrymi postaciami – czego chcieć więcej? Niedługo recenzja pełnometrażówki!