Ghost in the Shell“ razy dwa

Tomek — 12.06.2010 — AnimeKomentarze (3) — Tagi: ,
"Ghost in the Shell" razy dwa

Ah, lata 90-te. Błogi czas, kiedy chleb kosz­to­wał 1zł, poli­tyka nikogo nie inte­re­so­wała, a tele­wi­zja nada­wała filmy z Van Damme’m. I, kiedy anime wcho­dziło do Pol­ski. Wtedy wła­śnie, od kolegi świa­towca, co to stu­dio­wał jakieś bzdury w Kra­ko­wie usły­sza­łem o „Ghost in the Shell“. No nie­zbyt mnie to obe­szło, bo nie było tam żadnego z moich trzech wtedy-ulubionych akto­rów, ale fajna nazwa została w gło­wie (poparta demem gry „GitS“ zna­le­zio­nej na pły­cie dołą­czo­nej do maga­zynu Play­Sta­tion). Teraz, ileś tam lat póź­niej, „Ghost in the Shell“ powraca w mojej świa­do­mo­ści, i sztur­mem wbija się na ekran czysz­czo­nego nie­dawno telewizora!

Sztur­mem może nie, bo zabie­ram się za oglą­da­nie pew­nie z mie­siąc, ale ważne, że wresz­cie zoba­czy­łem tą kla­sykę cyber­punku, anime i akcji. I to dwa razy! Film opo­wiada o Sek­cji 9 — spe­cjal­nym oddziale poli­cji, w któ­rym każdy z człon­ków posiada jakieś mody­fi­ka­cje ciała, natu­ral­nie takie, które wpły­wają na jego sku­tecz­ność. Sek­cja głów­nie zaj­muje się prze­stęp­cami cyber­ne­tycz­nymi, tak jest i tym razem, kiedy sprawa Władny Mario­ne­tek wycho­dzi na powierzch­nię. Ów genialny hac­ker bez pro­ble­mów wła­muje się do duchów robo­tów, i przej­muje nad nimi kontrolę.

Fabuła jest tu naj­moc­niej­szym ele­men­tem, dla­tego opis skoń­czę na tym. Ale prócz samego sce­na­riu­sza, anime nie­sie ze sobą fajne roz­wa­ża­nia, o duszy czło­wieka, o jego ist­nie­niu i roli we wszech­świe­cie, o tym, jaką czę­ścią czło­wie­czeń­stwa jest jego ciało. No i postaci! Na pierw­szym pla­nie Major Kat­su­ragi, twarda, cza­sami poryw­cza, ale bar­dzo sku­teczna kobieta, mająca jed­nak nie­małe pro­blemy ze sobą, bo to głów­nie ona napę­dza wspo­mniane wcze­śniej dys­puty. Poza nią jest Batou, mniej skom­pli­ko­wany i zło­żony emo­cjo­nal­nie, ale rów­nież bar­dzo cie­kawy pan, odpo­wia­da­jący nie­jako ste­reo­ty­powi gli­nia­rza z lat 90-tych. Prócz tej pary, przez ekran prze­wija się Togusa — czło­nek Sek­cji, któ­rego ciało nie jest zmo­dy­fi­ko­wane pra­wie wcale, a który sku­tecz­no­ścią nie odbiega od kole­gów (ważny aspekt przy ana­li­zie), szef, Pan Ara­maki — sta­now­czy i skru­pu­latny, jed­nak, jako jeden z nie­licz­nych boha­te­rów kine­ma­to­gra­fii ogól­nie, potra­fiący mie­rzyć swoje siły.

Poza tym, natu­ral­nie, bar­dzo dobra gra­fika, jak na rok 1995 naprawdę wyjąt­kowa (z resztą, czego innego można ocze­ki­wać po I.G. Pro­duc­tions?) i przy­jemna muzyka. Głosy akto­rów rów­nież są nie­złe, nie jakieś szcze­gólne, ale nie mam zastrzeżeń.Warto nad­mie­nić, że z filmu kli­mat cyber­punku wylewa się litrami. Świetne uję­cia poka­zu­jące znisz­czone czę­ści mia­sta nawią­zują jed­no­cze­śnie i do przy­szło­ści, jej wizji, jak i do teraź­niej­szo­ści, sym­bo­li­zu­jąc jak nie­wiel­kie szcze­góły mogą zmie­nić postrze­ga­nie miejsc.

Pierw­sza część „Ghost in the Shell“ koń­czy się sze­roką furtką na kon­ty­nu­acje, jed­nak, nie­stety, twórcy posta­no­wili przejść nie­jako przez płot. W „Ghost in the Shell 2: Inno­cence“ Batou i Togusa pro­wa­dzą śledz­two w spra­wie andro­idów mor­du­ją­cych swo­ich wła­ści­cieli, a potem doko­nu­ją­cych samo­znisz­cze­nia. Na początku pomy­śla­łem, że to świetny pomysł, że zmniej­szą ilość sekwen­cji akcji, a wrzucą dużo detek­ty­wi­stycz­nych wąt­ków, które w połą­cze­niu z kli­ma­tem neo-noir świet­nie grają. Nie­stety, nie udało się.

Histo­ria przed­sta­wiona w począt­ko­wych 30 minu­tach prak­tycz­nie się nie roz­wija. Para detek­ty­wów pro­wa­dzi mozolne śledz­two obfi­tu­jące w ślepe tropy i mor­der­cze ładunki nudy. Ale tak naprawdę, to fabuła jest tutaj mało ważna. Oshii, twórca, musiał przy­uwa­żyć, że ludzi kręcą filo­zo­ficzne zakręty w czę­ści pierw­szej, i tutaj poszedł po ban­dzie. Pra­wie każdy dia­log (a wła­ści­wie to mono­log) to zbiór cyta­tów pisa­rzy i myśli­cieli. I na początku to było nawet w porządku, ale ile można?! Przez 3/4 filmu z ust Batou nie wycho­dzi nic innego, jak wznio­słe filo­zo­ficzne roz­wa­ża­nia, na które odpo­wiada, bądź nie, Togusa. W pew­nym momen­cie mia­łem ochotę prze­rwać czy­ta­nie napisów.

Ale nie wyłą­czyć film! Fabuła jest słaba, pra­wie nie­obecna, ale to nie wszystko, co „Inno­cence“ ma do zaofe­ro­wa­nia. Świetna, genialna ani­ma­cja to główny atut filmu. W roku 2004 pro­duk­cja anime w Japo­nii stała już na wyso­kim pozio­mie, ale to, co można zoba­czyć tutaj, zosta­wia w tyle wszyst­kie inne tytuły, jakie wyszły w tam­tym roku, i wcze­śniej. Nawet cudna „Paprika“ w tej mate­rii nie ma startu do „Ghost in the Shell 2″. Ponadto, kli­mat, dużo mrocz­niej­szy niż w czę­ści pierw­szej, ale za to jak inte­re­su­jący! Więk­szość ujęć dzieje się w nocy, przy świetne neo­nów i latarni, łącząc wizje dys­to­picz­nej przy­szło­ści z wyglą­dem Japo­nii w latach 60-tych. Super.

Z gło­sami i muzyką jest dobrze, cho­ciaż w pierw­szej czę­ści ten drugi człon był lep­szy. Ale za to tu — pierw­szy wycho­dzi na pro­wa­dze­nie. Głosy są pod­ło­żone lepiej, bar­dziej wyra­zi­ście, widać, że Akio Oht­suka, odtwórca roli Batou sko­rzy­stał z szansy, że to jego postać jest na pierw­szym pla­nie, i poka­zał co potrafi naprawdę. Także aktor odpo­wie­dzialny za Togusę prze­stał stać w cie­niu i poka­zał kunszt.

Reasu­mu­jąc obie czę­ści nie­jako się uzu­peł­niają — w pierw­szej jest świetna fabuła, dobrze zary­so­wane postaci, dobry, jed­nak bar­dziej pogodny kli­mat. Druga część to z kolei fabu­larna klapa, spo­wo­do­wana sztucz­no­ścią dia­lo­gów i cią­głym, żmud­nym i bole­snym cyto­wa­niem kla­sy­ków przez więk­szość filmu. Ale za to tutaj kli­mat jest dużo bar­dziej mroczny, depre­syjny, intry­gu­jący, a ani­ma­cja powala na kolana.

  • 7 / 10

3 komentarze/y

  1. adone pisze:

    Obej­rza­łem sobie tra­iler, bo mnie zacie­ka­wi­łeś tą recen­zją. Fajne masz hobby:) Jeśli cho­dzi o aspekty wizu­alne to fakt, jest z tym bar­dzo dobrze. Fabuły to ze zwia­stuna nie wyczaję. Ale ufam Tobie, bo dziś wszystko jest od tej strony miał­kie jak te filmy z Van Damme’m w latach 90-tych (które swoją drogą znam na pamięć).

  2. Fabuła jedynki jest super, i jej nie wyczy­tasz nawet z naj­ob­szer­niej­szego opisu. Fabułę dwójki (prócz koń­cówki) stre­ści­łem na górze.

    Filmy akcji z lat 90-tych może i były miał­kie, ale speł­niały swoje zada­nie — ofe­ro­wały przy­jemną roz­rywkę, nie wyma­ga­jącą zaan­ga­żo­wa­nia. Tego dzi­siej­sze pro­duk­cje nie­stety nie potra­fią dostarczyć.

  3. […] mecha­nicz­nie. Tech­no­lo­gia jest wszech­obecna i pene­truje każdy aspekt życia. Brzmi zna­jomo? Tak, to co przed­sta­wił tu Gib­son stało się pod­ło­żem i inspi­ra­cją dla […]

Dodaj komentarz