Ah, lata 90-te. Błogi czas, kiedy chleb kosztował 1zł, polityka nikogo nie interesowała, a telewizja nadawała filmy z Van Damme’m. I, kiedy anime wchodziło do Polski. Wtedy właśnie, od kolegi światowca, co to studiował jakieś bzdury w Krakowie usłyszałem o „Ghost in the Shell”. No niezbyt mnie to obeszło, bo nie było tam żadnego z moich trzech wtedy-ulubionych aktorów, ale fajna nazwa została w głowie (poparta demem gry „GitS” znalezionej na płycie dołączonej do magazynu PlayStation). Teraz, ileś tam lat później, „Ghost in the Shell” powraca w mojej świadomości, i szturmem wbija się na ekran czyszczonego niedawno telewizora!

Szturmem może nie, bo zabieram się za oglądanie pewnie z miesiąc, ale ważne, że wreszcie zobaczyłem tą klasykę cyberpunku, anime i akcji. I to dwa razy! Film opowiada o Sekcji 9 – specjalnym oddziale policji, w którym każdy z członków posiada jakieś modyfikacje ciała, naturalnie takie, które wpływają na jego skuteczność. Sekcja głównie zajmuje się przestępcami cybernetycznymi, tak jest i tym razem, kiedy sprawa Władny Marionetek wychodzi na powierzchnię. Ów genialny hacker bez problemów włamuje się do duchów robotów, i przejmuje nad nimi kontrolę.

Fabuła jest tu najmocniejszym elementem, dlatego opis skończę na tym. Ale prócz samego scenariusza, anime niesie ze sobą fajne rozważania, o duszy człowieka, o jego istnieniu i roli we wszechświecie, o tym, jaką częścią człowieczeństwa jest jego ciało. No i postaci! Na pierwszym planie Major Katsuragi, twarda, czasami porywcza, ale bardzo skuteczna kobieta, mająca jednak niemałe problemy ze sobą, bo to głównie ona napędza wspomniane wcześniej dysputy. Poza nią jest Batou, mniej skomplikowany i złożony emocjonalnie, ale również bardzo ciekawy pan, odpowiadający niejako stereotypowi gliniarza z lat 90-tych. Prócz tej pary, przez ekran przewija się Togusa – członek Sekcji, którego ciało nie jest zmodyfikowane prawie wcale, a który skutecznością nie odbiega od kolegów (ważny aspekt przy analizie), szef, Pan Aramaki – stanowczy i skrupulatny, jednak, jako jeden z nielicznych bohaterów kinematografii ogólnie, potrafiący mierzyć swoje siły.

Poza tym, naturalnie, bardzo dobra grafika, jak na rok 1995 naprawdę wyjątkowa (z resztą, czego innego można oczekiwać po I.G. Productions?) i przyjemna muzyka. Głosy aktorów również są niezłe, nie jakieś szczególne, ale nie mam zastrzeżeń.Warto nadmienić, że z filmu klimat cyberpunku wylewa się litrami. Świetne ujęcia pokazujące zniszczone części miasta nawiązują jednocześnie i do przyszłości, jej wizji, jak i do teraźniejszości, symbolizując jak niewielkie szczegóły mogą zmienić postrzeganie miejsc.

Pierwsza część „Ghost in the Shell” kończy się szeroką furtką na kontynuacje, jednak, niestety, twórcy postanowili przejść niejako przez płot. W „Ghost in the Shell 2: Innocence” Batou i Togusa prowadzą śledztwo w sprawie androidów mordujących swoich właścicieli, a potem dokonujących samozniszczenia. Na początku pomyślałem, że to świetny pomysł, że zmniejszą ilość sekwencji akcji, a wrzucą dużo detektywistycznych wątków, które w połączeniu z klimatem neo-noir świetnie grają. Niestety, nie udało się.

Historia przedstawiona w początkowych 30 minutach praktycznie się nie rozwija. Para detektywów prowadzi mozolne śledztwo obfitujące w ślepe tropy i mordercze ładunki nudy. Ale tak naprawdę, to fabuła jest tutaj mało ważna. Oshii, twórca, musiał przyuważyć, że ludzi kręcą filozoficzne zakręty w części pierwszej, i tutaj poszedł po bandzie. Prawie każdy dialog (a właściwie to monolog) to zbiór cytatów pisarzy i myślicieli. I na początku to było nawet w porządku, ale ile można?! Przez 3/4 filmu z ust Batou nie wychodzi nic innego, jak wzniosłe filozoficzne rozważania, na które odpowiada, bądź nie, Togusa. W pewnym momencie miałem ochotę przerwać czytanie napisów.

Ale nie wyłączyć film! Fabuła jest słaba, prawie nieobecna, ale to nie wszystko, co „Innocence” ma do zaoferowania. Świetna, genialna animacja to główny atut filmu. W roku 2004 produkcja anime w Japonii stała już na wysokim poziomie, ale to, co można zobaczyć tutaj, zostawia w tyle wszystkie inne tytuły, jakie wyszły w tamtym roku, i wcześniej. Nawet cudna „Paprika” w tej materii nie ma startu do „Ghost in the Shell 2″. Ponadto, klimat, dużo mroczniejszy niż w części pierwszej, ale za to jak interesujący! Większość ujęć dzieje się w nocy, przy świetne neonów i latarni, łącząc wizje dystopicznej przyszłości z wyglądem Japonii w latach 60-tych. Super.

Z głosami i muzyką jest dobrze, chociaż w pierwszej części ten drugi człon był lepszy. Ale za to tu – pierwszy wychodzi na prowadzenie. Głosy są podłożone lepiej, bardziej wyraziście, widać, że Akio Ohtsuka, odtwórca roli Batou skorzystał z szansy, że to jego postać jest na pierwszym planie, i pokazał co potrafi naprawdę. Także aktor odpowiedzialny za Togusę przestał stać w cieniu i pokazał kunszt.

Reasumując obie części niejako się uzupełniają – w pierwszej jest świetna fabuła, dobrze zarysowane postaci, dobry, jednak bardziej pogodny klimat. Druga część to z kolei fabularna klapa, spowodowana sztucznością dialogów i ciągłym, żmudnym i bolesnym cytowaniem klasyków przez większość filmu. Ale za to tutaj klimat jest dużo bardziej mroczny, depresyjny, intrygujący, a animacja powala na kolana.

  • http://warstwy.com adone

    Obejrzałem sobie trailer, bo mnie zaciekawiłeś tą recenzją. Fajne masz hobby:) Jeśli chodzi o aspekty wizualne to fakt, jest z tym bardzo dobrze. Fabuły to ze zwiastuna nie wyczaję. Ale ufam Tobie, bo dziś wszystko jest od tej strony miałkie jak te filmy z Van Damme’m w latach 90-tych (które swoją drogą znam na pamięć).

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Fabuła jedynki jest super, i jej nie wyczytasz nawet z najobszerniejszego opisu. Fabułę dwójki (prócz końcówki) streściłem na górze.

    Filmy akcji z lat 90-tych może i były miałkie, ale spełniały swoje zadanie – oferowały przyjemną rozrywkę, nie wymagającą zaangażowania. Tego dzisiejsze produkcje niestety nie potrafią dostarczyć.

  • Pingback: William Gibson "Neuromancer" | tomek.buszewski.com()