Steamboy“

Tomek — 24.05.2010 — Anime, FilmKomentarze (5) — Tagi: , ,

Jak zapo­wie­dzia­łem pod­czas gada­nia o „Paprice“, nie­ba­wem opi­szę film „Ste­am­boy“. Oka­zuje się, że to nie­ba­wem jest wła­śnie dziś. Faj­nie. Szkoda, że sam film nie jest już taki fajny, a raczej — i tutaj uci­nam całe spe­ku­la­cje i nadzieje fanów „Akiry“ i mam-duże-czoło-Otomo — słaby jak fiks! No dobra, może nie aż tak, ale coś w tym jest, coś, co sta­now­czo odpy­cha mnie od obej­rze­nia go jesz­cze raz.

Od początku! „Ste­am­boy“ to histo­ria osa­dzona w alter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści, dokład­niej w ste­am­pun­ko­wej wer­sji Lon­dynu z XIX wieku. Jak na steam prze­stało, wszystko wokół jest zasi­lane parą, dokład­nie prze­ana­li­zo­waną pod wie­loma kątami, lep­szą i tań­szą niż cokol­wiek innego. Ale żeby utrzy­mać ten stan rze­czy, potrzebni są ludzie zna­jący się na parze, i wie­dzący o niej coś wię­cej niż „wycho­dzi z czaj­nika“. Takimi ludźmi jest rodzina Steam — Lloyd, Edward i Ray. Ten pierw­szy, naj­star­szy, to ide­ali­sta, ale i pra­co­ho­lik. By zdo­być fun­du­sze na swoje bada­nia, podej­muje współ­prace z fun­da­cją O’Hara, i przy oka­zji zapra­sza do zespołu swo­jego syna, wspo­mnia­nego już Edwarda. Pod­czas pracy dzia­dek wynaj­muje „kulę“ mogącą pro­du­ko­wać parę pod wiel­kim ciśnie­niem. Nie­stety, w trak­cie fina­li­za­cji tegoż wyna­lazku Lloyd, pochło­nięty wizją wyna­lazku, popada w nie­wielki, jed­nak fatalny w skut­kach, chwi­lowy obłęd. Wyni­kiem tego jest… śmierć syna. Ale co tam, „kula“ jest skoń­czona! Fun­da­cja O’Hara posta­na­wia, że użyje wspo­mnia­nego wyna­lazku w spo­sób inny, niż życzyłby sobie tego twórca, zatem ten musi jakoś ukryć „kulę“, i plany przy oka­zji. Posyła je swo­jemu wnu­kowi — Ray’owi. Ten bystry mło­dzie­niec, inte­lek­tem prze­wyż­sza­jący obu swo­ich przod­ków, by speł­nić życze­nie dziadka, zaczyna ucieczkę przed ludźmi fundacji.

Niby fajne, niby faj­nie się to zary­so­wuje, histo­ria może się nie­źle roz­wi­nąć, ale jed­nak, to nie jest to. Co prawda histo­ria roz­wija się cie­ka­wie, zaska­kuje, jed­nak po dłuż­szym cza­sie wszystko stało się zbyt jasne. Po około czter­dzie­stu minu­tach każde zda­rze­nie byłem w sta­nie prze­wi­dzieć z olbrzy­mią pre­cy­zją, co jest nie­jako obrazą widza. Film jest utrzy­many w kli­ma­cie przy­go­do­wym, lek­kim, zawsze wia­domo, że Ray wyj­dzie z opre­sji obronną ręką, a happy end będzie sąż­ni­sty. Wymie­nione wady nie draż­niły tylko mnie — „Ste­am­boy“ poniósł ogromną klapę finan­sową — będąc naj­droż­szym anime w histo­rii, zaro­bił praw­dziwe gro­sze w kinach. Recen­zenci na świe­cie jako główną wadę wymie­niali wła­śnie słaby scenariusz.

Ale, na szczę­ście, nie samym sce­na­riu­szem film żyje (kurde, a powi­nien). „Ste­am­boy“ kosz­to­wał wię­cej, niż moje miesz­ka­nie ze mną w środku, a reali­za­cja trwała dłu­żej, niż ja uczy­łem się czy­tać, i to widać. Gra­fika jest na tak wyso­kim pozio­mie, że żaden koszy­karz nie byłby w sta­nie tam dosko­czyć. Ani­ma­cja pary jest nie­ziem­ska, nie­raz, iro­nicz­nie, lep­sza niż w rze­czy­wi­sto­ści. Detale zawarte w dziele mnie po pro­stu zachwy­ciły, wie­lo­krot­nie prze­wi­ja­łem do tyłu film tylko po to, by jesz­cze raz obej­rzeć zacho­wa­nie ste­amu. Reszta też nie odbiega, i mam tu na myśli śliczne tła, ide­al­nie oddany ruch postaci, dobrą mimikę i bar­dzo, bar­dzo fajne nary­so­wa­nie wszel­kiej maści przed­mio­tów (szcze­gól­nie warto zwró­cić uwagę na maszyny, praw­dziwy maj­stersz­tyk [pierw­szy raz uży­łem tego słowa, to coś zna­czy]!). Dźwięk rów­nież jest dobry, głosy postaci są w porządku, muzyka pasuje do kli­matu, jed­nak nie zapada w pamięć. Wta­pia się w tło, i tam zostaje przez cały czas.

Ste­am­boy“ wizu­al­nie zachwyca. Naprawdę, pod tym wzglę­dem jest świetny. Jed­nak w kwe­stii sce­na­riu­sza, zawo­dzi. I to bar­dzo. Widz przez więk­szość czasu trak­to­wany jest jak idiota, któ­remu wszystko trzeba dwa razy poka­zać i wytłu­ma­czyć (jakby robili ten film w opar­ciu o pol­skie seriale). Ale jestem w sta­nie to zro­zu­mieć, w końcu cała histo­ria przed­sta­wiona na ekra­nie to tylko pre­tekst do poka­za­nia genial­nej animacji.

  • 5 / 10

5 komentarze/y

  1. adone pisze:

    Tak inte­re­su­jąco to opi­sa­łeś, że pomimo nega­tyw­nej oceny zacie­ka­wi­łeś mnie owym dzie­łem:) Jak znajdę czas to raczej się sku­szę. Z cie­ka­wo­ści. Choć fanem nie jestem. tym lepiej, bo potrzeba mi cze­goś nowego…

  2. Jeżeli oglą­dasz tylko dla ani­ma­cji, to zde­cy­do­wa­nie polecam.

  3. dotworker pisze:

    taak . Ste­am­boy fak­tycz­nie , miło się oglą­dało , ale chyba prze­rost formy nad tre­ścią. Ogól­nie i tak pole­cam. Muszę wyszpe­rać i obej­rzeć w końcu Paprikę i Per­fect Blue

  4. Paprika“ też nie jest szcze­gól­nie wysoko, jeżeli cho­dzi o fabułę, ale tamto to jest bar­dziej „doświadczenie“.

    A „Per­fect Blue“ też u mnie czeka.

  5. […] za nim prze­pa­dam, mimo że w kinie daw­ko­wany jest nader rzadko. Lubuję się też w stre­am­punku (do któ­rego rów­nież nie mam szczę­ścia) i w thril­le­rach. Dla­tego wła­śnie zachwa­lany wszę­dzie film „Dark City” wydał mi się bardzo […]

Dodaj komentarz