Jak zapowiedziałem podczas gadania o „Paprice”, niebawem opiszę film „Steamboy”. Okazuje się, że to niebawem jest właśnie dziś. Fajnie. Szkoda, że sam film nie jest już taki fajny, a raczej – i tutaj ucinam całe spekulacje i nadzieje fanów „Akiry” i mam-duże-czoło-Otomo – słaby jak fiks! No dobra, może nie aż tak, ale coś w tym jest, coś, co stanowczo odpycha mnie od obejrzenia go jeszcze raz.

Od początku! „Steamboy” to historia osadzona w alternatywnej rzeczywistości, dokładniej w steampunkowej wersji Londynu z XIX wieku. Jak na steam przestało, wszystko wokół jest zasilane parą, dokładnie przeanalizowaną pod wieloma kątami, lepszą i tańszą niż cokolwiek innego. Ale żeby utrzymać ten stan rzeczy, potrzebni są ludzie znający się na parze, i wiedzący o niej coś więcej niż „wychodzi z czajnika”. Takimi ludźmi jest rodzina Steam – Lloyd, Edward i Ray. Ten pierwszy, najstarszy, to idealista, ale i pracoholik. By zdobyć fundusze na swoje badania, podejmuje współprace z fundacją O’Hara, i przy okazji zaprasza do zespołu swojego syna, wspomnianego już Edwarda. Podczas pracy dziadek wynajmuje „kulę” mogącą produkować parę pod wielkim ciśnieniem. Niestety, w trakcie finalizacji tegoż wynalazku Lloyd, pochłonięty wizją wynalazku, popada w niewielki, jednak fatalny w skutkach, chwilowy obłęd. Wynikiem tego jest… śmierć syna. Ale co tam, „kula” jest skończona! Fundacja O’Hara postanawia, że użyje wspomnianego wynalazku w sposób inny, niż życzyłby sobie tego twórca, zatem ten musi jakoś ukryć „kulę”, i plany przy okazji. Posyła je swojemu wnukowi – Ray’owi. Ten bystry młodzieniec, intelektem przewyższający obu swoich przodków, by spełnić życzenie dziadka, zaczyna ucieczkę przed ludźmi fundacji.

Niby fajne, niby fajnie się to zarysowuje, historia może się nieźle rozwinąć, ale jednak, to nie jest to. Co prawda historia rozwija się ciekawie, zaskakuje, jednak po dłuższym czasie wszystko stało się zbyt jasne. Po około czterdziestu minutach każde zdarzenie byłem w stanie przewidzieć z olbrzymią precyzją, co jest niejako obrazą widza. Film jest utrzymany w klimacie przygodowym, lekkim, zawsze wiadomo, że Ray wyjdzie z opresji obronną ręką, a happy end będzie sążnisty. Wymienione wady nie drażniły tylko mnie – „Steamboy” poniósł ogromną klapę finansową – będąc najdroższym anime w historii, zarobił prawdziwe grosze w kinach. Recenzenci na świecie jako główną wadę wymieniali właśnie słaby scenariusz.

Ale, na szczęście, nie samym scenariuszem film żyje (kurde, a powinien). „Steamboy” kosztował więcej, niż moje mieszkanie ze mną w środku, a realizacja trwała dłużej, niż ja uczyłem się czytać, i to widać. Grafika jest na tak wysokim poziomie, że żaden koszykarz nie byłby w stanie tam doskoczyć. Animacja pary jest nieziemska, nieraz, ironicznie, lepsza niż w rzeczywistości. Detale zawarte w dziele mnie po prostu zachwyciły, wielokrotnie przewijałem do tyłu film tylko po to, by jeszcze raz obejrzeć zachowanie steamu. Reszta też nie odbiega, i mam tu na myśli śliczne tła, idealnie oddany ruch postaci, dobrą mimikę i bardzo, bardzo fajne narysowanie wszelkiej maści przedmiotów (szczególnie warto zwrócić uwagę na maszyny, prawdziwy majstersztyk [pierwszy raz użyłem tego słowa, to coś znaczy]!). Dźwięk również jest dobry, głosy postaci są w porządku, muzyka pasuje do klimatu, jednak nie zapada w pamięć. Wtapia się w tło, i tam zostaje przez cały czas.

„Steamboy” wizualnie zachwyca. Naprawdę, pod tym względem jest świetny. Jednak w kwestii scenariusza, zawodzi. I to bardzo. Widz przez większość czasu traktowany jest jak idiota, któremu wszystko trzeba dwa razy pokazać i wytłumaczyć (jakby robili ten film w oparciu o polskie seriale). Ale jestem w stanie to zrozumieć, w końcu cała historia przedstawiona na ekranie to tylko pretekst do pokazania genialnej animacji.

  • http://warstwy.com adone

    Tak interesująco to opisałeś, że pomimo negatywnej oceny zaciekawiłeś mnie owym dziełem:) Jak znajdę czas to raczej się skuszę. Z ciekawości. Choć fanem nie jestem. tym lepiej, bo potrzeba mi czegoś nowego…

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Jeżeli oglądasz tylko dla animacji, to zdecydowanie polecam.

  • http://www.dotworks.pl dotworker

    taak . Steamboy faktycznie , miło się oglądało , ale chyba przerost formy nad treścią. Ogólnie i tak polecam. Muszę wyszperać i obejrzeć w końcu Paprikę i Perfect Blue

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    „Paprika” też nie jest szczególnie wysoko, jeżeli chodzi o fabułę, ale tamto to jest bardziej „doświadczenie”.

    A „Perfect Blue” też u mnie czeka.

  • Pingback: “Dark City” / tomek.buszewski.com()