Darksiders“

Tomek — 15.05.2010 — GraKomentarze (2) — Tagi: ,

Przed naj­now­szym „God of War“ wyszło kilka sla­she­rów. Wła­ści­wie, to gatu­nek, który Kra­tos na dobre roz­wi­nął, roz­rósł się pod jego nie­obec­ność dość znacz­nie, wrzu­ca­jąc kilka świe­żych pomy­słów, ale też kal­ku­jąc te autor­stwa Sony Santa Monica. Tej kon­wen­cji, natu­ral­nie, nie umyka dzieło nie­zna­nego (mnie przy­naj­mniej) stu­dia Vigil — „Darksiders“.

Gra została wydana na PS3X360 w pierw­szym kwar­tale 2010 roku, nie­długo przed „God of War 3″, best­sel­le­rem, sys­tem­sel­le­rem, i w ogóle (ponoć, bo nie gra­łem jesz­cze) naj­lep­szą grą wszech­świata. Z tego powodu była ponie­kąd ska­zana na niskie zain­te­re­so­wa­nie posia­da­czy sys­temu Sony, ale i więk­sze ze strony posia­da­czy kon­soli Mico­so­ftu, któ­rzy nie­wąt­pli­wie chcieli zabić swoje pra­gnie­nie spraw­dze­nia przy­gód Kra­tosa (mówię to po spraw­dze­niu kilku for i prze­to­cze­niu się przez sporą liczbę wypo­wie­dzi, nie tylko w Polsce).

Ale dobrze, odcho­dząc od samej otoczki, zaj­mijmy się grą. W „Dark­si­ders“ wcie­lamy się w jed­nego z Czte­rech Jeźdź­ców Apo­ka­lipsy — w Wojnę. Ten, wezwany, przy­bywa na Zie­mię w celu sta­wie­nia się na osta­teczną kon­fron­ta­cję, jed­nak coś jest nie tak. Po przy­by­ciu, Jeź­dziec odkrywa, że jest sam, a wokół sza­leją siły Nieba i Pie­kła. Po krót­kim tuto­rialu (typu „wci­śnij kwa­drat by ude­rzyć, porusz gałką by cho­dzić“) War obrywa i zostaje posta­wiony pod sąd. Tam uznają, że zadzia­łał na wła­sną wolę i chcą wymie­rzyć karę. Jed­nak Jeź­dziec bar­dzo ceni sobie honor i prosi o szansę roz­wią­za­nia zagadki, w końcu, jeżeli mu się nie powie­dzie, i tak zgi­nie, więc wyrok zosta­nie wyko­nany. Rada przy­staje na prośbę Wojny, ale, by trzy­mać go na smy­czy, dają mu straż­nika — upa­dłego anioła, który ma dopil­no­wać, by wszystko poszło zgod­nie z planem.

Tak zary­so­wuje się począ­tek, czyli jakaś godzina gry. W miarę postę­pów odkry­wamy kolejne zawi­ło­ści histo­rii, a dość waż­nym punk­tem jest spo­tka­nie z Sama­elem, potęż­nym demo­nem. Ofe­ruje układ — by wejść do wieży, w któ­rej rze­komo jest postać, która zaczęła cały kon­flikt, Wojna musi dostar­czyć serca czte­rech Wybra­nych, potęż­nych demo­nów prze­by­wa­ją­cych w róż­nych czę­ściach znisz­czo­nego globu. I polo­wa­nie na te cztery organy będzie wypeł­niać dość sporą liczbę godzin, a sta­nowi jakieś 3/4 całej roz­grywki. Na szczę­ście, każdy z nich sie­dzi w oddziel­nym sank­tu­arium, do któ­rego naj­pierw należy zna­leźć środek trans­portu (a tych będzie kilka, mię­dzy innymi koń — Ruin), następ­nie prze­drzeć się przez sporą liczbę zaga­dek, nie­zbyt trud­nych, ale jed­nak obec­nych i wyczu­wal­nych, i ładną liczbę wrogów.

Jak na sla­sher przy­stało, wro­go­wie to naj­waż­niej­szy ele­ment. Są podzie­leni na kilka kate­go­rii, z któ­rych wystę­pują róż­niące się siłą odmiany. Na początku spo­ty­kamy naj­słab­szych, by wraz z postę­pem natknąć się na naj­sil­niej­szych, nie­wiele odsta­ją­cych od koń­co­wych bos­sów, prze­ciw­ni­ków. Drugą ważną cechą gatunku są com­bosy. Przy ich oka­zji, Vigil zło­żyli hołd serii „Devil May Cry“, bo podob­nie jak Dante i Nero, tak Wojna wyko­nuje wszystko tylko jed­nym przy­ci­skiem, i zamiast szyb­kich zmian „kwa­drat > trój­kąt“ należy nauczyć się odstę­pów cza­so­wych. Oczy­wi­ście nie wszystko od razu — w miarę zabi­ja­nia prze­ciw­ni­ków i zdo­by­wa­nia punk­tów (dusz wro­gów), możemy zaku­pić nowe ataki, rów­nież wzo­rem pro­duktu od Cap­comu. A jak już o duszach — są ich trzy rodzaje. Zwy­kłe, nie­bie­skie dają wspo­mniane punkty „na zakupy“, zie­lone to zdro­wie, a żółte to nie­jako mana, pozwa­la­jąca na korzy­sta­nie z cza­rów, które rów­nież można nabyć. Więk­sze zbio­ro­wi­ska punk­tów są w skrzy­niach, podob­nie jak przed­mioty i „znajdźki“ (to z kolei nawią­za­nie do „God of War“). Wraz z ilo­ścią zada­wa­nych cio­sów rośnie też inny wskaź­nik, gniew. Gdy ten się napełni, War ma moż­li­wość zamiany w formę demona, sta­jąc się na kilka sekund nie­ty­kal­nym, i nie­zwy­kle potężnym.

Wyraź­nie widać, że twórcy gry dobrze obej­rzeli tra­ilery naj­now­szych przy­gód Kra­tosa, bo Wojna nie dość, że otrzy­muje podobne skrzy­dła, jak Łysy, to w póź­niej­szym ter­mi­nie zdo­bywa także ręka­wice, podobne do Cestusa z „God… 3″. Rów­nież nie­które zagadki wyma­gają podob­nych manew­rów zręcz­no­ścio­wych i logicz­nych co w serii Sony. Natu­ral­nie, to nie jest wada, a zaleta — bo mimo wyraź­nego wzo­ro­wa­nia się na tuzach gatunku, Vigil jed­nak zacho­wali nutkę ory­gi­nal­no­ści. Ale, jeżeli już o bro­niach zaczą­łem mówić, jest ich dość sporo, jed­nak nie są wiele bar­dziej przy­datne niż pod­sta­wowy, natu­ral­nie ulep­szany z bie­giem czasu, miecz. W ręce wpada m.in. dość spora kosa, wspo­mniane ręka­wice, czy pisto­let. Wszyst­kie te sprzęty mają mniej­sze lub więk­sze moż­li­wo­ści ulep­sza­nia, i swoje zasto­so­wa­nia, jed­nak, jak powie­dzia­łem, ustę­pują mie­czowi w starciach.

Czas przejść do wad gry. Naj­więk­szą jest poziom trud­no­ści. Na naj­wyż­szym gra jest jedy­nie „tro­chę trudna“, to zna­czy, każdy z prze­ciw­ni­ków i bos­sów daje się skoń­czyć po kilku podej­ściach. Nie utrud­niają też sche­maty, jakimi posłu­gują się sze­fo­wie — wystar­czy nauczyć się trzech, czte­rech ata­ków, któ­rymi dys­po­nują, po czym uni­kać ich i nacie­rać. Kolejną sporą wadą jest gruby back­trac­king. Po uzy­ska­niu czwar­tego serca zmu­szeni jeste­śmy przejść przez więk­szość zwie­dzo­nych wcze­śniej aren od nowa! Natu­ral­nie wizyty te są dość krót­kie, ale jed­nak, takie sztuczne wydłu­że­nie czasu gry razi. Przez to czas na ukoń­cze­nie jest dość spory, w prze­ci­wień­stwie do pro­duk­cji zaj­mu­ją­cych 5–10 godzin. Za pierw­szym razem gra zajęła mi około doby, czas ten jed­nak, z róż­nych przy­czyn, roz­ło­ży­łem sobie na mie­siąc, robiąc co kilka dni dłuż­sze posiedzenia.

Na koniec wypada wspo­mnieć o opra­wie. Sły­sza­łem wiele złych opi­nii o stro­nie gra­ficz­nej „Dark­si­ders“, na szczę­ście teraz mogę powie­dzieć z czy­stym sumie­niem, że można wsa­dzić je mię­dzy bajki. Nie jest to może mistrzo­stwo na miarę „Unchar­ted 2″, ale gra nawet przy dużej ilo­ści wro­gów nie zwal­nia, co jest spo­rym plu­sem. Może na sta­tycz­nych scre­enach fak­tycz­nie wygląda tak sobie, ale w ruchu jest naprawdę nie­źle. Dźwięk jest bar­dzo dobry, odgłosy potwo­rów fajne, bro­nie rów­nież. Ale na spe­cjalną uwagę zasłu­gują akto­rzy. Gwiaz­dor, nie­jako, angiel­skiego dub­bingu anime Liam O’Brien świet­nie wpa­so­wuje się w dobrze zbu­do­wa­nego, poważ­nego Wojnę, pod­kre­śla­jąc tylko jego cha­rak­ter i podej­ście do prze­ciw­ni­ków. Nie odstaje rów­nież znany (w kwe­stii dub­bingu natu­ral­nie) z ról Jokera Mark „Luke Sky­wal­ker“ Hamill, wcie­la­jący się we wspo­mnia­nego już anioła pil­nu­ją­cego głów­nego boha­tera. Reszta akto­rów rów­nież spi­sała się bar­dzo dobrze, jed­nak, ponie­kąd siłą rze­czy, te dwie role naprawdę błyszczą.

Reasu­mu­jąc, „Dark­si­ders“ to gra bar­dzo dobra, dająca dużą frajdę, z cie­kawą histo­rią i dobrą oprawą. Nauka com­bo­sów przy­cho­dzi łatwo, poziom trud­no­ści gry jest nieco niski, ale przez to, z jed­nej strony, nie fru­struje, z dru­giej, nie sta­nowi wyzwa­nia. Sporą wadą jest też back­trac­king sta­no­wiący dużą część koń­cówki. Nie­mniej, polecam!

  • 8 / 10
  • Platforma: PS3

2 komentarze/y

  1. zuziako pisze:

    Hej, skon­tak­to­wał byś się ze mną przez mojego moty­wo­wego maila? zuziako@motwdrogi.pl
    pozdro

  2. […] go kil­ka­krot­nie bar­dzo szybko. Roz­wią­za­nie przy­po­mina tro­chę “Devil May Cry” i “Dark­si­ders“, ale docho­dzi jesz­cze wspo­mniany wcze­śniej drugi przy­cisk, a także trzeci – skok. […]

Dodaj komentarz