„Darksiders”

Przed najnowszym „God of War” wyszło kilka slasherów. Właściwie, to gatunek, który Kratos na dobre rozwinął, rozrósł się pod jego nieobecność dość znacznie, wrzucając kilka świeżych pomysłów, ale też kalkując te autorstwa Sony Santa Monica. Tej konwencji, naturalnie, nie umyka dzieło nieznanego (mnie przynajmniej) studia Vigil – „Darksiders”.

Gra została wydana na PS3 i X360 w pierwszym kwartale 2010 roku, niedługo przed „God of War 3″, bestsellerem, systemsellerem, i w ogóle (ponoć, bo nie grałem jeszcze) najlepszą grą wszechświata. Z tego powodu była poniekąd skazana na niskie zainteresowanie posiadaczy systemu Sony, ale i większe ze strony posiadaczy konsoli Micosoftu, którzy niewątpliwie chcieli zabić swoje pragnienie sprawdzenia przygód Kratosa (mówię to po sprawdzeniu kilku for i przetoczeniu się przez sporą liczbę wypowiedzi, nie tylko w Polsce).

Ale dobrze, odchodząc od samej otoczki, zajmijmy się grą. W „Darksiders” wcielamy się w jednego z Czterech Jeźdźców Apokalipsy – w Wojnę. Ten, wezwany, przybywa na Ziemię w celu stawienia się na ostateczną konfrontację, jednak coś jest nie tak. Po przybyciu, Jeździec odkrywa, że jest sam, a wokół szaleją siły Nieba i Piekła. Po krótkim tutorialu (typu „wciśnij kwadrat by uderzyć, porusz gałką by chodzić”) War obrywa i zostaje postawiony pod sąd. Tam uznają, że zadziałał na własną wolę i chcą wymierzyć karę. Jednak Jeździec bardzo ceni sobie honor i prosi o szansę rozwiązania zagadki, w końcu, jeżeli mu się nie powiedzie, i tak zginie, więc wyrok zostanie wykonany. Rada przystaje na prośbę Wojny, ale, by trzymać go na smyczy, dają mu strażnika – upadłego anioła, który ma dopilnować, by wszystko poszło zgodnie z planem.

Tak zarysowuje się początek, czyli jakaś godzina gry. W miarę postępów odkrywamy kolejne zawiłości historii, a dość ważnym punktem jest spotkanie z Samaelem, potężnym demonem. Oferuje układ – by wejść do wieży, w której rzekomo jest postać, która zaczęła cały konflikt, Wojna musi dostarczyć serca czterech Wybranych, potężnych demonów przebywających w różnych częściach zniszczonego globu. I polowanie na te cztery organy będzie wypełniać dość sporą liczbę godzin, a stanowi jakieś 3/4 całej rozgrywki. Na szczęście, każdy z nich siedzi w oddzielnym sanktuarium, do którego najpierw należy znaleźć środek transportu (a tych będzie kilka, między innymi koń – Ruin), następnie przedrzeć się przez sporą liczbę zagadek, niezbyt trudnych, ale jednak obecnych i wyczuwalnych, i ładną liczbę wrogów.

Jak na slasher przystało, wrogowie to najważniejszy element. Są podzieleni na kilka kategorii, z których występują różniące się siłą odmiany. Na początku spotykamy najsłabszych, by wraz z postępem natknąć się na najsilniejszych, niewiele odstających od końcowych bossów, przeciwników. Drugą ważną cechą gatunku są combosy. Przy ich okazji, Vigil złożyli hołd serii „Devil May Cry”, bo podobnie jak Dante i Nero, tak Wojna wykonuje wszystko tylko jednym przyciskiem, i zamiast szybkich zmian „kwadrat > trójkąt” należy nauczyć się odstępów czasowych. Oczywiście nie wszystko od razu – w miarę zabijania przeciwników i zdobywania punktów (dusz wrogów), możemy zakupić nowe ataki, również wzorem produktu od Capcomu. A jak już o duszach – są ich trzy rodzaje. Zwykłe, niebieskie dają wspomniane punkty „na zakupy”, zielone to zdrowie, a żółte to niejako mana, pozwalająca na korzystanie z czarów, które również można nabyć. Większe zbiorowiska punktów są w skrzyniach, podobnie jak przedmioty i „znajdźki” (to z kolei nawiązanie do „God of War”). Wraz z ilością zadawanych ciosów rośnie też inny wskaźnik, gniew. Gdy ten się napełni, War ma możliwość zamiany w formę demona, stając się na kilka sekund nietykalnym, i niezwykle potężnym.

Wyraźnie widać, że twórcy gry dobrze obejrzeli trailery najnowszych przygód Kratosa, bo Wojna nie dość, że otrzymuje podobne skrzydła, jak Łysy, to w późniejszym terminie zdobywa także rękawice, podobne do Cestusa z „God… 3″. Również niektóre zagadki wymagają podobnych manewrów zręcznościowych i logicznych co w serii Sony. Naturalnie, to nie jest wada, a zaleta – bo mimo wyraźnego wzorowania się na tuzach gatunku, Vigil jednak zachowali nutkę oryginalności. Ale, jeżeli już o broniach zacząłem mówić, jest ich dość sporo, jednak nie są wiele bardziej przydatne niż podstawowy, naturalnie ulepszany z biegiem czasu, miecz. W ręce wpada m.in. dość spora kosa, wspomniane rękawice, czy pistolet. Wszystkie te sprzęty mają mniejsze lub większe możliwości ulepszania, i swoje zastosowania, jednak, jak powiedziałem, ustępują mieczowi w starciach.

Czas przejść do wad gry. Największą jest poziom trudności. Na najwyższym gra jest jedynie „trochę trudna”, to znaczy, każdy z przeciwników i bossów daje się skończyć po kilku podejściach. Nie utrudniają też schematy, jakimi posługują się szefowie – wystarczy nauczyć się trzech, czterech ataków, którymi dysponują, po czym unikać ich i nacierać. Kolejną sporą wadą jest gruby backtracking. Po uzyskaniu czwartego serca zmuszeni jesteśmy przejść przez większość zwiedzonych wcześniej aren od nowa! Naturalnie wizyty te są dość krótkie, ale jednak, takie sztuczne wydłużenie czasu gry razi. Przez to czas na ukończenie jest dość spory, w przeciwieństwie do produkcji zajmujących 5-10 godzin. Za pierwszym razem gra zajęła mi około doby, czas ten jednak, z różnych przyczyn, rozłożyłem sobie na miesiąc, robiąc co kilka dni dłuższe posiedzenia.

Na koniec wypada wspomnieć o oprawie. Słyszałem wiele złych opinii o stronie graficznej „Darksiders”, na szczęście teraz mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że można wsadzić je między bajki. Nie jest to może mistrzostwo na miarę „Uncharted 2″, ale gra nawet przy dużej ilości wrogów nie zwalnia, co jest sporym plusem. Może na statycznych screenach faktycznie wygląda tak sobie, ale w ruchu jest naprawdę nieźle. Dźwięk jest bardzo dobry, odgłosy potworów fajne, bronie również. Ale na specjalną uwagę zasługują aktorzy. Gwiazdor, niejako, angielskiego dubbingu anime Liam O’Brien świetnie wpasowuje się w dobrze zbudowanego, poważnego Wojnę, podkreślając tylko jego charakter i podejście do przeciwników. Nie odstaje również znany (w kwestii dubbingu naturalnie) z ról Jokera Mark „Luke Skywalker” Hamill, wcielający się we wspomnianego już anioła pilnującego głównego bohatera. Reszta aktorów również spisała się bardzo dobrze, jednak, poniekąd siłą rzeczy, te dwie role naprawdę błyszczą.

Reasumując, „Darksiders” to gra bardzo dobra, dająca dużą frajdę, z ciekawą historią i dobrą oprawą. Nauka combosów przychodzi łatwo, poziom trudności gry jest nieco niski, ale przez to, z jednej strony, nie frustruje, z drugiej, nie stanowi wyzwania. Sporą wadą jest też backtracking stanowiący dużą część końcówki. Niemniej, polecam!