„Crank”

„Klasyka, człowieku, mówię Ci!”. Takie mniej-więcej określenia często wpadały mi w oko, gdy czytałem o dość głośnym filmie „Crank” z Jasonen Stathamem (jeden z moich ulubionych aktorów młodszego pokolenia), w reżyserii, i na podstawie scenariusza duetu Mark Neveldine / Brian Taylor. Pomysł chłopaki mieli bardzo ciekawy, niestety, przynajmniej dla mnie, jeden motyw to trochę mało na pełny metraż.

Historia przedstawia nam Cheva Chelios’a, freelancera (jak sam się określa) pociągającego za spust na zlecenie mafii. Znane, znane, oklepane, a jakże, ale na szczęście, to nie jest trzon całej historii, a tylko jej katalizator. Chelios, wykonaniem ostatniego zlecenia nadepnął komuś na odcisk, tak mocno, że ten postanowił się go pozbyć. Niestety, ów osobnik był na tyle głupi, że nie zabił postaci Stathama od razu, tylko wstrzyknął mu truciznę, która ma go zabić w około godzinę od przebudzenia. Po wyładowaniu się na telewizorze, bohater rusza na poszukiwanie „tego złego”, ale zaraz, w godzinę może nie zdążyć. Na szczęście podczas pobytu w jednym z klubów zauważa, że przypływ adrenaliny poprawia mu samopoczucie. Po kontakcie ze swoim lekarzem, który potwierdza ów teorię, Chev wie już, że żeby znaleźć truciciela, będzie musiał trochę narozrabiać.

Film trwa niespełna półtorej godziny, z czego przez ponad godzinę oglądamy Strathama skaczącego po mieście, rozbijającego się autem po centrum handlowym, uprawiającego seks na środku ulicy, i w ogóle, robiącego wszystko to, co normalnemu obywatelowi zafundowałoby w najlepszym wypadku sporą grzywnę, i pewnie zawał. Niestety, w pewnym momencie film znacząco zwalnia, i wkrada się nuda. Pierwsza połowa jest przepełniona akcją i (czasami czarnym) humorem, druga z kolei rozwija fabułę, która, co tu dużo mówić, jest nudna i przewidywalna aż do bólu. Nie muszę zdradzać nic więcej nad to, co napisałem w poprzednim akapicie, żeby dziewięć na dziesięć osób wiedziało, kim jest główny zleceniodawca, i jak to się skończy.

Rozumiem koncept, i wiem że na prawdziwą mafijną historię miejsca tu po prostu nie ma, bo sam Chelios nie ma czasu na jej przedstawianie i myślenia nadeń, więc twórcy powinni atuty upchnąć gdzieś indziej, tak? Teoretycznie – tak. Jak wspomniałem, lwia część filmu to czysta akcja, ale w pewnym momencie i to się nudzi. Całość staje się przewidywalna, więc jednocześnie traci swój największy atut – zaskakiwanie widza pomysłami bohatera. Na szczęście, to nie jedyny as w rękawie „Crank”. Na uwagę zasługuje dobra reżyseria, wrzucanie co jakiś czas interesujących zabiegów a to z napisami, a to z ujęciami z ciekawych punktów, zabawa z perspektywą. Ale to tylko smaczki, pomagają obrazowi, owszem, ale nie zasłonią tu powiewu nudy.

Wart osobnego akapitu jest wspominany już Jason Stratham, dobry znajomy Guya Ritchie’go i niegdyś kandydat na gwiazdę filmów akcji, dziś po prostu dobry angielski aktor. Jego rola w „Crank” jest z pewnością jedną z jego lepszych, i chyba mógłbym ją postawić zaraz obok Jake’a Greena, bohatera „Revolver”. Tak tam, jak i tutaj, Brytyjczyk wyśmienicie oddał desperację jaką kieruje się jego postać, z tym że tutaj przedstawiona jest z przymrużeniem oka i podszyta cynizmem. Ale w takich klimatach Stratham czuje się jak ryba w wodzie, wystarczy przypomnieć debiut w „Lock, Stock…” i potem w „Snatch”. No i najważniejsze – bezbłędny, brytyjski akcent.

Sam Stratham jednak filmu nie uratuje, tak samo jak nie zrobi tego niezła reżyseria i 45 minut dobrej zabawy, bo po nich następuje kolejne 45 nudy. Gdyby twórcy inaczej rozłożyli siły, i zamiast wrzucać wszystkie dobre pomysły w mikser, rozsypaliby je po całym filmie, byłoby znacznie lepiej.