Crank“

Tomek — 20.04.2010 — FilmKomentarze (0) — Tagi: ,

Kla­syka, czło­wieku, mówię Ci!“. Takie mniej-więcej okre­śle­nia czę­sto wpa­dały mi w oko, gdy czy­ta­łem o dość gło­śnym fil­mie „Crank“ z Jaso­nen Sta­tha­mem (jeden z moich ulu­bio­nych akto­rów młod­szego poko­le­nia), w reży­se­rii, i na pod­sta­wie sce­na­riu­sza duetu Mark Nevel­dine / Brian Tay­lor. Pomysł chło­paki mieli bar­dzo cie­kawy, nie­stety, przy­naj­mniej dla mnie, jeden motyw to tro­chę mało na pełny metraż.

Histo­ria przed­sta­wia nam Cheva Chelios’a, fre­elan­cera (jak sam się okre­śla) pocią­ga­ją­cego za spust na zle­ce­nie mafii. Znane, znane, okle­pane, a jakże, ale na szczę­ście, to nie jest trzon całej histo­rii, a tylko jej kata­li­za­tor. Che­lios, wyko­na­niem ostat­niego zle­ce­nia nadep­nął komuś na odcisk, tak mocno, że ten posta­no­wił się go pozbyć. Nie­stety, ów osob­nik był na tyle głupi, że nie zabił postaci Sta­thama od razu, tylko wstrzyk­nął mu tru­ci­znę, która ma go zabić w około godzinę od prze­bu­dze­nia. Po wyła­do­wa­niu się na tele­wi­zo­rze, boha­ter rusza na poszu­ki­wa­nie „tego złego“, ale zaraz, w godzinę może nie zdą­żyć. Na szczę­ście pod­czas pobytu w jed­nym z klu­bów zauważa, że przy­pływ adre­na­liny popra­wia mu samo­po­czu­cie. Po kon­tak­cie ze swoim leka­rzem, który potwier­dza ów teo­rię, Chev wie już, że żeby zna­leźć tru­ci­ciela, będzie musiał tro­chę narozrabiać.

Film trwa nie­spełna pół­to­rej godziny, z czego przez ponad godzinę oglą­damy Stra­thama ska­czą­cego po mie­ście, roz­bi­ja­ją­cego się autem po cen­trum han­dlo­wym, upra­wia­ją­cego seks na środku ulicy, i w ogóle, robią­cego wszystko to, co nor­mal­nemu oby­wa­te­lowi zafun­do­wa­łoby w naj­lep­szym wypadku sporą grzywnę, i pew­nie zawał. Nie­stety, w pew­nym momen­cie film zna­cząco zwal­nia, i wkrada się nuda. Pierw­sza połowa jest prze­peł­niona akcją i (cza­sami czar­nym) humo­rem, druga z kolei roz­wija fabułę, która, co tu dużo mówić, jest nudna i prze­wi­dy­walna aż do bólu. Nie muszę zdra­dzać nic wię­cej nad to, co napi­sa­łem w poprzed­nim aka­pi­cie, żeby dzie­więć na dzie­sięć osób wie­działo, kim jest główny zle­ce­nio­dawca, i jak to się skończy.

Rozu­miem kon­cept, i wiem że na praw­dziwą mafijną histo­rię miej­sca tu po pro­stu nie ma, bo sam Che­lios nie ma czasu na jej przed­sta­wia­nie i myśle­nia nadeń, więc twórcy powinni atuty upchnąć gdzieś indziej, tak? Teo­re­tycz­nie — tak. Jak wspo­mnia­łem, lwia część filmu to czy­sta akcja, ale w pew­nym momen­cie i to się nudzi. Całość staje się prze­wi­dy­walna, więc jed­no­cze­śnie traci swój naj­więk­szy atut — zaska­ki­wa­nie widza pomy­słami boha­tera. Na szczę­ście, to nie jedyny as w ręka­wie „Crank“. Na uwagę zasłu­guje dobra reży­se­ria, wrzu­ca­nie co jakiś czas inte­re­su­ją­cych zabie­gów a to z napi­sami, a to z uję­ciami z cie­ka­wych punk­tów, zabawa z per­spek­tywą. Ale to tylko smaczki, poma­gają obra­zowi, owszem, ale nie zasło­nią tu powiewu nudy.

Wart osob­nego aka­pitu jest wspo­mi­nany już Jason Stra­tham, dobry zna­jomy Guya Ritchie’go i nie­gdyś kan­dy­dat na gwiazdę fil­mów akcji, dziś po pro­stu dobry angiel­ski aktor. Jego rola w „Crank“ jest z pew­no­ścią jedną z jego lep­szych, i chyba mógł­bym ją posta­wić zaraz obok Jake’a Gre­ena, boha­tera „Revo­lver“. Tak tam, jak i tutaj, Bry­tyj­czyk wyśmie­ni­cie oddał despe­ra­cję jaką kie­ruje się jego postać, z tym że tutaj przed­sta­wiona jest z przy­mru­że­niem oka i pod­szyta cyni­zmem. Ale w takich kli­ma­tach Stra­tham czuje się jak ryba w wodzie, wystar­czy przy­po­mnieć debiut w „Lock, Stock…“ i potem w „Snatch“. No i naj­waż­niej­sze — bez­błędny, bry­tyj­ski akcent.

Sam Stra­tham jed­nak filmu nie ura­tuje, tak samo jak nie zrobi tego nie­zła reży­se­ria i 45 minut dobrej zabawy, bo po nich nastę­puje kolejne 45 nudy. Gdyby twórcy ina­czej roz­ło­żyli siły, i zamiast wrzu­cać wszyst­kie dobre pomy­sły w mik­ser, roz­sy­pa­liby je po całym fil­mie, byłoby znacz­nie lepiej.

  • 5 / 10

Dodaj komentarz