Pierwsze wrażenie – uczucie towarzyszące każdemu, czasem pomocne, ale przeważnie zgubne. To przez nie wiele rzeczy ignorujemy już po wstępnym poznaniu, przestajemy słuchać płyty po pierwszych kilku kawałkach albo oglądać serial po dwóch odcinkach. Ale warto czasem przemóc się, i dać szanse, nawet czemuś, co wydaje się być naprawdę słabe.

Takim wydał mi się pierwszy odcinek 26-częściowego „Triguna”. Lekka komedyjka z elementami akcji to zdecydowanie nie to, czego wymagałem od anime, które jest wymieniane jednym tchem obok „Cowboy Bebop”, i stawiane niedaleko niego w czołówkach najlepszych serii wszech czasów. Ale, jak powiedziałem, postanowiłem dać szanse serialowi.

Zacznijmy jednak od początku. „Trigun” opowiada przygody blondyna imieniem Vash, znanego potocznie jako Vash the Stampede. Ów koleś, wysoki i chudy, żeby nie powiedzieć mizerny, w niczym nie przypomina owianego legendą rewolwerowca, niszczącego każde miasto w którym się pojawi, a za którego głowę można dostać sześć bilionów double-dolarów. Na taką sumę chrapkę mają chyba wszyscy mieszkańcy planety, szkopuł tylko w tym, że Vasha trzeba znaleźć. Tego karkołomnego zadania podejmują się dwie panie, pracownice pewnej firmy ubezpieczeniowej. Mają one za zadanie znaleźć złoczyńcę i pilnować go, by nie wyrządzał szkód. Niestety, planeta w stylu Dzikiego Zachodu, najeżona małymi miasteczkami, nie jest najlepszym miejscem na szukanie ludzi.

Zarys pierwszego odcinka nie brzmi nazbyt zachęcająco. Od razu można się domyślić, że pojawi się pakiet znany z innych seriali, to znaczy „strzelanie + humor + jakiś romans + humor + strzelanie”. Na szczęście, pierwsze wrażenie zawodzi, i po trzech odcinkach wsiąkłem w „Trigun” jak mało kiedy. Wszystko dlatego, że pod skorupką lekkiej komedii akcji kryje się całkiem poważna i intrygująca historia, a liczne indywidua, mniej lub bardziej ważne dla fabuły, przewijają się przez serię z hukiem. Wspomniana „skorupa” pęka mniej więcej w połowie, po odcinku „Vash the Stampede”. Od niego obejrzenie pozostałych dwunastu odcinków jednych tchem staje się aż nazbyt kuszące.

Niestety, jak to zwykle bywa, w każdej beczce miodu, i tak dalej. Tutaj tym „tak dalej” jest niski budżet przeznaczony na stronę graficzną. Co prawda za anime stoi znane i lubiane studio Madhouse, ale technicznie wypadają tutaj niewiele lepiej od amatorów i twórców z lat 80-tych. Projekty postaci są dobrej jakości, ale w ruchu wyglądają co najwyżej „nieźle”. Sama animacja jest, delikatnie mówiąc oszczędna, a sekwencje akcji, tak ważne w gatunku, są zrobione naprawdę średnio, nawet jak na rok 1997. Tła to kolejny niskich lotów element – wyraźnie widać, że zrobione zostały dość niedbale, co szczególnie razi, bo tutaj grają ważną rolę. W całość lubi wplątać się też zła perspektywa albo zapętlenie zrobione w złym momencie. Jedynym pocieszeniem może być fakt, że niektóre odcinki są zrobione bardziej starannie od innych, ale tylko miejscami.

Słabą grafikę rekompensuje dobra muzyka, choć nie dla każdego. Brudne, gitarowe riffy trochę w stylu improwizowanego, noise rockowego Sonic Youth z japońskimi naleciałościami to prawdziwa uczta dla fanów podobnych brzmień. Niestety, jak wspomniałem, nie trafia do każdego, fani spokojniejszych melodii będą niezadowoleni, całkiem możliwe, że nawet zniesmaczeni. Dobre są też podłożone głosy, tu widać, że budżet był odpowiedni. Aktorzy porządnie oddają uczucia swoich bohaterów, nadając im dzięki temu wiarygodności.

„Trigun” to serial bardzo dobry, że świetną fabułą i dobrym wyważeniem elementów komediowych, akcji, i niekiedy dramatu. I mimo że operuje na kilku znanych motywach, potrafi wciągnąć i zainteresować widza jak mało która seria produkowana dziś. Minusem jest wspomniana oprawa graficzna, ale da się i to przetrzymać.

  • http://motywdrogi.pl zuziako

    Świetna recenzja, bardzo dobrze mi się ją czytało. Sama miałam jedno podejście do Triguna, ale odstraszył mnie właśnie pierwszy odcinek- po przeczytaniu twojego tekstu myślę że może powinnam do tej serii wrócić (a właściwie rozpocząć na nowo).

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    Fajnie że Ci się podoba.

    A sam Trigun – szczególnie na początku seria ma swój klimat, który przed pierwsze trzy, cztery odcinki można spokojnie chwycić, ale jak napisałem, pierwsza połowa serialu to takie trochę przydługawe wprowadzenie, podczas którego niby wyrabiamy sobie opinię o Vashu i bohaterach pobocznych, ale ona i tak jest potem weryfikowana przez drugą „część”.

  • http://motywdrogi.pl zuziako

    No to trigun idzie do listy „plan to watch” :)

  • Pingback: “Claymore” / tomek.buszewski.com()

  • http://buszewski.com Tomek Buszewski

    To miłego oglądania, i napisz, czy się podobało :>

  • Pingback: “Paprika” / tomek.buszewski.com()