Trigun“

Tomek — 10.04.2010 — AnimeKomentarze (6) — Tagi: , ,

Pierw­sze wra­że­nie — uczu­cie towa­rzy­szące każ­demu, cza­sem pomocne, ale prze­waż­nie zgubne. To przez nie wiele rze­czy igno­ru­jemy już po wstęp­nym pozna­niu, prze­sta­jemy słu­chać płyty po pierw­szych kilku kawał­kach albo oglą­dać serial po dwóch odcin­kach. Ale warto cza­sem prze­móc się, i dać szanse, nawet cze­muś, co wydaje się być naprawdę słabe.

Takim wydał mi się pierw­szy odci­nek 26-częściowego „Tri­guna“. Lekka kome­dyjka z ele­men­tami akcji to zde­cy­do­wa­nie nie to, czego wyma­ga­łem od anime, które jest wymie­niane jed­nym tchem obok „Cow­boy Bebop“, i sta­wiane nie­da­leko niego w czo­łów­kach naj­lep­szych serii wszech cza­sów. Ale, jak powie­dzia­łem, posta­no­wi­łem dać szanse serialowi.

Zacznijmy jed­nak od początku. „Tri­gun“ opo­wiada przy­gody blon­dyna imie­niem Vash, zna­nego potocz­nie jako Vash the Stam­pede. Ów koleś, wysoki i chudy, żeby nie powie­dzieć mizerny, w niczym nie przy­po­mina owia­nego legendą rewol­we­rowca, nisz­czą­cego każde mia­sto w któ­rym się pojawi, a za któ­rego głowę można dostać sześć bilio­nów double-dolarów. Na taką sumę chrapkę mają chyba wszy­scy miesz­kańcy pla­nety, szko­puł tylko w tym, że Vasha trzeba zna­leźć. Tego kar­ko­łom­nego zada­nia podej­mują się dwie panie, pra­cow­nice pew­nej firmy ubez­pie­cze­nio­wej. Mają one za zada­nie zna­leźć zło­czyńcę i pil­no­wać go, by nie wyrzą­dzał szkód. Nie­stety, pla­neta w stylu Dzi­kiego Zachodu, naje­żona małymi mia­stecz­kami, nie jest naj­lep­szym miej­scem na szu­ka­nie ludzi.

Zarys pierw­szego odcinka nie brzmi nazbyt zachę­ca­jąco. Od razu można się domy­ślić, że pojawi się pakiet znany z innych seriali, to zna­czy „strze­la­nie + humor + jakiś romans + humor + strze­la­nie“. Na szczę­ście, pierw­sze wra­że­nie zawo­dzi, i po trzech odcin­kach wsią­kłem w „Tri­gun“ jak mało kiedy. Wszystko dla­tego, że pod sko­rupką lek­kiej kome­dii akcji kryje się cał­kiem poważna i intry­gu­jąca histo­ria, a liczne indy­wi­dua, mniej lub bar­dziej ważne dla fabuły, prze­wi­jają się przez serię z hukiem. Wspo­mniana „sko­rupa“ pęka mniej wię­cej w poło­wie, po odcinku „Vash the Stam­pede“. Od niego obej­rze­nie pozo­sta­łych dwu­na­stu odcin­ków jed­nych tchem staje się aż nazbyt kuszące.

Nie­stety, jak to zwy­kle bywa, w każ­dej beczce miodu, i tak dalej. Tutaj tym „tak dalej“ jest niski budżet prze­zna­czony na stronę gra­ficzną. Co prawda za anime stoi znane i lubiane stu­dio Madho­use, ale tech­nicz­nie wypa­dają tutaj nie­wiele lepiej od ama­to­rów i twór­ców z lat 80-tych. Pro­jekty postaci są dobrej jako­ści, ale w ruchu wyglą­dają co naj­wy­żej „nie­źle“. Sama ani­ma­cja jest, deli­kat­nie mówiąc oszczędna, a sekwen­cje akcji, tak ważne w gatunku, są zro­bione naprawdę śred­nio, nawet jak na rok 1997. Tła to kolejny niskich lotów ele­ment — wyraź­nie widać, że zro­bione zostały dość nie­dbale, co szcze­gól­nie razi, bo tutaj grają ważną rolę. W całość lubi wplą­tać się też zła per­spek­tywa albo zapę­tle­nie zro­bione w złym momen­cie. Jedy­nym pocie­sze­niem może być fakt, że nie­które odcinki są zro­bione bar­dziej sta­ran­nie od innych, ale tylko miejscami.

Słabą gra­fikę rekom­pen­suje dobra muzyka, choć nie dla każ­dego. Brudne, gita­rowe riffy tro­chę w stylu impro­wi­zo­wa­nego, noise roc­ko­wego Sonic Youth z japoń­skimi nale­cia­ło­ściami to praw­dziwa uczta dla fanów podob­nych brzmień. Nie­stety, jak wspo­mnia­łem, nie tra­fia do każ­dego, fani spo­koj­niej­szych melo­dii będą nie­za­do­wo­leni, cał­kiem moż­liwe, że nawet znie­sma­czeni. Dobre są też pod­ło­żone głosy, tu widać, że budżet był odpo­wiedni. Akto­rzy porząd­nie oddają uczu­cia swo­ich boha­te­rów, nada­jąc im dzięki temu wiarygodności.

Tri­gun“ to serial bar­dzo dobry, że świetną fabułą i dobrym wywa­że­niem ele­men­tów kome­dio­wych, akcji, i nie­kiedy dra­matu. I mimo że ope­ruje na kilku zna­nych moty­wach, potrafi wcią­gnąć i zain­te­re­so­wać widza jak mało która seria pro­du­ko­wana dziś. Minu­sem jest wspo­mniana oprawa gra­ficzna, ale da się i to przetrzymać.

  • 8 / 10

6 komentarze/y

  1. zuziako pisze:

    Świetna recen­zja, bar­dzo dobrze mi się ją czy­tało. Sama mia­łam jedno podej­ście do Tri­guna, ale odstra­szył mnie wła­śnie pierw­szy odci­nek– po prze­czy­ta­niu two­jego tek­stu myślę że może powin­nam do tej serii wró­cić (a wła­ści­wie roz­po­cząć na nowo).

  2. Faj­nie że Ci się podoba.

    A sam Tri­gun — szcze­gól­nie na początku seria ma swój kli­mat, który przed pierw­sze trzy, cztery odcinki można spo­koj­nie chwy­cić, ale jak napi­sa­łem, pierw­sza połowa serialu to takie tro­chę przy­dłu­gawe wpro­wa­dze­nie, pod­czas któ­rego niby wyra­biamy sobie opi­nię o Vashu i boha­te­rach pobocz­nych, ale ona i tak jest potem wery­fi­ko­wana przez drugą „część“.

  3. zuziako pisze:

    No to tri­gun idzie do listy „plan to watch“ :)

  4. […] które przy pomocy odpo­wied­nio dużych środ­ków pie­nięż­nych (sprawa nie­szczę­snej oprawy “Tri­guna” wraca czę­sto) potrafi wycza­ro­wać praw­dziwą ucztę dla oczu. Tak było w tym przypadku […]

  5. To miłego oglą­da­nia, i napisz, czy się podo­bało :>

  6. […] Szcze­gól­nie, jak robili “Tri­guna“, tam się znali […]

Dodaj komentarz