Burzum „Belus”

„Belus” to tak naprawdę pierwszy album Varga od czasów recenzowanego przeze mnie „Filosofem„. Dwa nagrane później to faktycznie zbiór średniej jakości dark ambientowych kawałków nagranych w więzieniu, do którego Vikernes trafił za zabicie gitarzysty Mayhem i spalenie kilku kościołów (szczegóły na Wiki, nie ma sensu przepisywać tego po raz setny). Ale do rzeczy.

Jeżeli jakiś artysta robi sobie przerwę trwającą od 1993 do 2009 roku (czyli szesnaście lat), czekając na nowy materiał zawsze pojawia się oczywiste pytanie – czy da radę? Na szczęście Varg pokazał, że potrafi nagrywać muzykę, a że w więzieniu wyszalał się nagrywając dwa ambientowe albumy, teraz fani dostają to, na co naprawdę czekali – świetny, klimatyczny album.

Pierwsze dwa utwory (wliczając intro) od razu informują, że zmian stylu i pogoni za modą nie będzie – nie czuć, że to album z 2010 roku, jest w podobnej stylistyce co „Filosofem”, ale to może być zasługą faktu, że część utworów powstało dużo wcześniej, a na potrzebny tej produkcji zostały jedynie lekko przerobione. Z drugiej strony, nie mogę powiedzieć, żeby Burzum stał w miejscu, utwory są szybsze i bardziej złożone, niż wcześniej, a sam Varg utrzymuje, że muzycznie ewoluował, i jego muzyki nie można już szufladkować, bo ta wyrywa się ze wszystkich ram gatunku.

Na szczególną uwagę zasługuje „Kaimadalthas’ nedstigning” z bardzo fajnym, mówionym tekstem w tle. Sporym ewenementem z kolei zdaje się być bardzo szybki „Sverddans” trwający zaledwie dwie i pół minuty, czyli chyba rekordowo krówki, jak na nagrania Burzum. Muszę przyznać, że ten kawałek podoba mi się dość średnio, może dlatego, że nie następuje w nim żadne rozwinięcie, nie widać żadnego postępu, i szczerze mówiąc brzmi jak wypełniacz.

Nie znam norweskiego, dlatego niewiele mogę powiedzieć o tekstach (znajdę czas, to chętnie sprawdzę angielskie tłumaczenie), a o historii wiem tyle, że mówi o śmierci boga Belusa, jego podróży przez zaświaty i powrocie do życia. Jednak o wokalu mogę powiedzieć coś więcej. Szczerze mówiąc bałem się, że po tych latach przerwy głos muzyka trochę zardzewieje, i nie będzie tak dobry, jak był wcześniej. Na szczęście myliłem się, i Varg nadal świetnie włada strunami głosowymi, i myślę że spokojnie można stawiać go w czołówce blackowych wokalistów.

Zresztą, nie tylko wokalistów. „Belus” to nie tylko świetny comeback album, ale przede wszystkim świetny album w ogóle, ugruntowujący pozycję Burzum na blackmetalowej scenie. Do mnie trafia bezproblemowo, i podoba mi się bardziej niż „Filosofem”.