The Mars Volta „Octahedron“

Tomek — 01.01.2010 — MuzykaKomentarze (1) — Tagi: ,

Kolejny album The Mars Volta. Szybko, po wyda­nym w 2008 „Bedlam in Goliath“. Dobrze? Dobrze, nawet bar­dzo. Ale to nie powie­la­nie sche­matu z poprzed­niej płyty, na „Octa­he­dron“ Ame­ry­ka­nie zmie­nili styl diametralnie.

Kiedy Omar, pytany w zeszłym roku o przy­szłość zespołu odpo­wie­dział, że ma już napi­saną muzykę na trzy płyty, byłem tro­chę prze­ra­żony, bałem się, że będą nagry­wać w pośpie­chu, a sam mate­riał może być pisany bar­dziej w stylu solo­wych doko­nań gita­rzy­sty (które, z małymi wyjąt­kami, nie zachwy­cają). Na szczę­ście, po raz kolejny, Omar Rodriguez-Lopez udo­wod­nił, że o pisa­niu muzyki ma nie­małe pojęcie.

Pierw­szy kon­takt z płytą, po pozna­niu poprzed­niego dorobku, możne oka­zać się małym szo­kiem. Nie ma tu ener­gicz­nych, zawi­łych rif­fów, wie­lo­krot­nych zmian tempa, per­ku­sji roz­sa­dza­ją­cej mózg od środka czy pisków i wrza­sków prze­szy­wa­ją­cych całe ciało. Zamiast tego, wita cichy dźwięk syn­te­za­tora, a następ­nie deli­katna gitara aku­styczna i gładki, spo­kojny, melo­dyjny wokal Cedrica. Pod koniec lek­kie nasi­le­nie się per­ku­sji i wej­ście gitary elek­trycz­nej. „Since We’ve Been Wrong“, bo tak nazywa się utwór otwie­ra­jący płytę to w dużej mie­rze pod­su­mo­wa­nie wszyst­kiego, czego można się spodziewać.

Utwory są dużo bar­dziej stan­dar­dowe niż poprzed­nio, bez pro­blemu wyróż­niają się zwrotki i refren. Tek­sty są mniej skom­pli­ko­wane, zacho­dzące teraz lekko w nurt rocka psy­cho­de­licz­nego, bar­dziej, jak mówi­łem, melo­dyjne, i zapa­da­jące w pamięć. Refreny każ­dej bez wyjątku pio­senki trzy­mają się głowy jesz­cze długo po prze­słu­cha­niu, a to cecha dość nowa, jak na The Mars Volta.

Muzycz­nie, jest dużo pro­ściej, przy­jem­niej. Wszystko jest sto­no­wane, nie ma tu zna­nej agre­sji, w więk­szo­ści kawał­ków domi­nuje spo­kój i luz. Omar gra riffy w jed­nej czwar­tej tak skom­pli­ko­wane jak wcze­śniej, a Tho­mas Prid­gen został chyba potężny zastrzyk uspo­ka­ja­jący, bo jego bębny są kil­ka­krot­nie spo­koj­niej­sze, niż na „Bedlam…“ (ale wciąż widać, że to ten sam koleś). Nadal w tle czę­sto poja­wia się deli­katna elek­tro­nika, i chyba jedy­nie dzięki fak­towi, że zawsze było jej mało, nie została tu zredukowana.

Dużo osób porów­nuje „Octa­he­dron“ i „De-Loused in the Coma­to­rium“, jed­nak to porów­na­nie mylne. Bli­żej — ale nie zbyt bli­sko — będzie leżał „Ampu­tech­ture“ (i odpo­wia­da­jąc na trzy prze­miłe maile — tak, recen­zja wkrótce).

The Mars Volta zapo­wia­dali ten krą­żek jako ich „album aku­styczny“. Cho­ciaż nor­mal­nie nie mógł­bym się zgo­dzić z taką tezą, to zna­jąc poprzed­nie albumy, fak­tycz­nie rozu­miem, co mieli na myśli. Dru­gie miej­sce na mojej liście naj­lep­szych płyt 2009.

  • 9 / 10

Jeden komentarz

  1. […] 2. The Mars Volta “Octa­he­dron” Pełna recenzja. […]

Dodaj komentarz