Kolejny album The Mars Volta. Szybko, po wydanym w 2008 „Bedlam in Goliath”. Dobrze? Dobrze, nawet bardzo. Ale to nie powielanie schematu z poprzedniej płyty, na „Octahedron” Amerykanie zmienili styl diametralnie.

Kiedy Omar, pytany w zeszłym roku o przyszłość zespołu odpowiedział, że ma już napisaną muzykę na trzy płyty, byłem trochę przerażony, bałem się, że będą nagrywać w pośpiechu, a sam materiał może być pisany bardziej w stylu solowych dokonań gitarzysty (które, z małymi wyjątkami, nie zachwycają). Na szczęście, po raz kolejny, Omar Rodriguez-Lopez udowodnił, że o pisaniu muzyki ma niemałe pojęcie.

Pierwszy kontakt z płytą, po poznaniu poprzedniego dorobku, możne okazać się małym szokiem. Nie ma tu energicznych, zawiłych riffów, wielokrotnych zmian tempa, perkusji rozsadzającej mózg od środka czy pisków i wrzasków przeszywających całe ciało. Zamiast tego, wita cichy dźwięk syntezatora, a następnie delikatna gitara akustyczna i gładki, spokojny, melodyjny wokal Cedrica. Pod koniec lekkie nasilenie się perkusji i wejście gitary elektrycznej. „Since We’ve Been Wrong”, bo tak nazywa się utwór otwierający płytę to w dużej mierze podsumowanie wszystkiego, czego można się spodziewać.

Utwory są dużo bardziej standardowe niż poprzednio, bez problemu wyróżniają się zwrotki i refren. Teksty są mniej skomplikowane, zachodzące teraz lekko w nurt rocka psychodelicznego, bardziej, jak mówiłem, melodyjne, i zapadające w pamięć. Refreny każdej bez wyjątku piosenki trzymają się głowy jeszcze długo po przesłuchaniu, a to cecha dość nowa, jak na The Mars Volta.

Muzycznie, jest dużo prościej, przyjemniej. Wszystko jest stonowane, nie ma tu znanej agresji, w większości kawałków dominuje spokój i luz. Omar gra riffy w jednej czwartej tak skomplikowane jak wcześniej, a Thomas Pridgen został chyba potężny zastrzyk uspokajający, bo jego bębny są kilkakrotnie spokojniejsze, niż na „Bedlam…” (ale wciąż widać, że to ten sam koleś). Nadal w tle często pojawia się delikatna elektronika, i chyba jedynie dzięki faktowi, że zawsze było jej mało, nie została tu zredukowana.

Dużo osób porównuje „Octahedron” i „De-Loused in the Comatorium”, jednak to porównanie mylne. Bliżej – ale nie zbyt blisko – będzie leżał „Amputechture” (i odpowiadając na trzy przemiłe maile – tak, recenzja wkrótce).

The Mars Volta zapowiadali ten krążek jako ich „album akustyczny”. Chociaż normalnie nie mógłbym się zgodzić z taką tezą, to znając poprzednie albumy, faktycznie rozumiem, co mieli na myśli. Drugie miejsce na mojej liście najlepszych płyt 2009.