Tak, to jest to. Numer jeden na mojej liście, i zdecydowanie numer jeden tegorocznych wydawnictw (choć masa osób się nie zgadza). „Embryonic” Wayne Coyne i spółka zapowiadali od dłuższego czasu, a „At War With the Mistics” czekało, razem z fanami, na pełnoprawnego następcę przez trzy lata.

Niedługo przed premierą albumu w Internecie grupa zamieściła list wideo, na którym lider zespołu dziękował fanom, że mimo wielu eksperymentów są z nimi, i ma nadzieję, że będą nadal. Już to mogło sugerować, że to nie będzie noise popowy album pokroju „Yoshimi” i „Mistics’ów”. Oprócz tego, znaleźć można było kilka wywiadów i napomknień, że spektrum inspiracji sięga od Milesa Davis’a po Joy Division, Bitelsów, Led Zeppelin, że będzie podwójny album, że będzie specjalnie wydanie, że będzie, że będzie…

Ale tak naprawdę, to co z tego? Wielu artystów potrafi nadmuchać balon hype’u bardzo mocno, a potem liczyć zyski i ewentualnie uznać, mimo zawodu i pojękiwań sympatyków, że „ale nam o to chodziło”. Fajnie, że The Flaming Lips tego nie zrobili.

Zrobili za to, faktycznie, podwójny album, który… wrzucili się na jedną płytę (czas trwania to 70 minut z lekkim hakiem), i który niewątpliwie, od początku do końca, poraża i hipnotyzuje. Otwierający „Convinced of the Hex” przedstawia niejako zarys, czego możemy się spodziewać, ale także pokazuje ewolucję, jaką przeszli muzycy, i to, że mimo wydawania płyt dla Warner Bros., mogą nagrywać co chcą, nie patrząc na wyniki sprzedaży. Dlaczego o wynikach sprzedaży? Bo to chyba najmniej dostępny album w ich dyskografii, a na pewno najbardziej eksperymentalny pod względem dźwięku, kompozycji i produkcji (pierwszy longplay od czasów „Transmissions from the Satellite Heart” wyprodukowany bez pomocy z zewnątrz, w dodatku nagrany w całości w opuszczonym domu).

Przechodząc jednak do muzyki. Pierwsze, co rzuca się w uszy, to perkusja (w tej roli Kliph Scurlock, dawniej tylko koncertowy członek). Dawno nie słyszałem albumu z tak głośnymi bębnami, chyba Coyne nasłuchał się dużo Boredoms, że położył na nich taki nacisk, i postanowił umieścić je na pierwszym planie. I dobrze, bardzo mi się to podoba, bo ten zabieg nadaje świetnego, ciężkiego i przytłaczającego klimatu. Kolejną zmianą w stylu jest forma prezentacji utworów – oparte są na jammach, przechodzących nieraz w roztrzęsione, niepokojące, suto okraszone elektronicznymi dźwiękami (nierzadko takimi, które pojedynczo można usłyszeć na co dzień) pejzaże, których nie powstydziliby się mistrzowie krautrocka z Can i Neu! na czele. Agresywne (chociaż nie, to złe słowo, lepszym będzie „energiczne”) piosenki przeplatają się z wolnymi, niejako melancholijnymi kompozycjami, jak na przykład „Evil” czy „I Can Be a Frog”, tworząc piękne, kontrastowe dzieło.

Jedyną chyba poważną naleciałością z poprzednich „wcieleń” The Flaming Lips są wokale. Coyne po raz kolejny udowadnia, że potrafi nie tylko świetnie komponować, ale i fenomenalnie śpiewać, na spółkę zresztą ze Steve’m Drozd’em. Ale nie tylko, pierwszy raz w karierze Amerykanie zaprosili do współpracy innych muzyków – Karen O (świetna w utworze „I Can Be a Frog”), zespół MGMT i… niemieckiego matematyka Thorsten’a Wörmann’a, który przez lwią część utworów opisuje między innymi równania matematyczne (w utworze „Gemini Syringes” mówi o pierścieniu wielomianów).

Po pierwszym przesłuchaniu nachodzi myśl, że album był bardzo skomplikowany, ale też nudny. Na szczęście, kolejne odsłuchy oddalają drugą tezę, a pierwszą, przez kolejne analizy poszczególnych piosenek, rozwiewają, przynajmniej częściowo.

Czy „Embryonic” to najlepszy album tego roku? Według mnie – tak. Ale, czy to najlepszy album w dyskografii zespołu? Tego stwierdzić nie mogę, z prostej przyczyny – nie obcuję z nim wystarczająco długo, by powiedzieć, czy przebija „Yoshimi Battles the Pink Robots”. Tak czy inaczej, nie mogę się od niego oderwać od połowy października (zarówno w domu, jak i na ulicy, przez odtwarzacz), a to chyba najlepsza rekomendacja. Pierwsze miejsce na mojej liście najlepszych płyt 2009.