The Flaming Lips „Embryonic“

Tomek — 01.01.2010 — MuzykaKomentarze (2) — Tagi: , , , ,
The Flaming Lips "Embryonic"

Tak, to jest to. Numer jeden na mojej liście, i zde­cy­do­wa­nie numer jeden tego­rocz­nych wydaw­nictw (choć masa osób się nie zga­dza). „Embry­onic“ Wayne Coyne i spółka zapo­wia­dali od dłuż­szego czasu, a „At War With the Mistics“ cze­kało, razem z fanami, na peł­no­praw­nego następcę przez trzy lata.

Nie­długo przed pre­mierą albumu w Inter­ne­cie grupa zamie­ściła list wideo, na któ­rym lider zespołu dzię­ko­wał fanom, że mimo wielu eks­pe­ry­men­tów są z nimi, i ma nadzieję, że będą nadal. Już to mogło suge­ro­wać, że to nie będzie noise popowy album pokroju „Yoshimi“ i „Mistics’ów“. Oprócz tego, zna­leźć można było kilka wywia­dów i napo­mknień, że spek­trum inspi­ra­cji sięga od Milesa Davis’a po Joy Divi­sion, Bitel­sów, Led Zep­pe­lin, że będzie podwójny album, że będzie spe­cjal­nie wyda­nie, że będzie, że będzie…

Ale tak naprawdę, to co z tego? Wielu arty­stów potrafi nadmu­chać balon hype’u bar­dzo mocno, a potem liczyć zyski i ewen­tu­al­nie uznać, mimo zawodu i poję­ki­wań sym­pa­ty­ków, że „ale nam o to cho­dziło“. Faj­nie, że The Fla­ming Lips tego nie zrobili.

Zro­bili za to, fak­tycz­nie, podwójny album, który… wrzu­cili się na jedną płytę (czas trwa­nia to 70 minut z lek­kim hakiem), i który nie­wąt­pli­wie, od początku do końca, poraża i hip­no­ty­zuje. Otwie­ra­jący „Convin­ced of the Hex“ przed­sta­wia nie­jako zarys, czego możemy się spo­dzie­wać, ale także poka­zuje ewo­lu­cję, jaką prze­szli muzycy, i to, że mimo wyda­wa­nia płyt dla War­ner Bros., mogą nagry­wać co chcą, nie patrząc na wyniki sprze­daży. Dla­czego o wyni­kach sprze­daży? Bo to chyba naj­mniej dostępny album w ich dys­ko­gra­fii, a na pewno naj­bar­dziej eks­pe­ry­men­talny pod wzglę­dem dźwięku, kom­po­zy­cji i pro­duk­cji (pierw­szy long­play od cza­sów „Trans­mis­sions from the Satel­lite Heart“ wypro­du­ko­wany bez pomocy z zewnątrz, w dodatku nagrany w cało­ści w opusz­czo­nym domu).

Prze­cho­dząc jed­nak do muzyki. Pierw­sze, co rzuca się w uszy, to per­ku­sja (w tej roli Kliph Scur­lock, daw­niej tylko kon­cer­towy czło­nek). Dawno nie sły­sza­łem albumu z tak gło­śnymi bęb­nami, chyba Coyne nasłu­chał się dużo Bore­doms, że poło­żył na nich taki nacisk, i posta­no­wił umie­ścić je na pierw­szym pla­nie. I dobrze, bar­dzo mi się to podoba, bo ten zabieg nadaje świet­nego, cięż­kiego i przy­tła­cza­ją­cego kli­matu. Kolejną zmianą w stylu jest forma pre­zen­ta­cji utwo­rów — oparte są na jam­mach, prze­cho­dzą­cych nie­raz w roz­trzę­sione, nie­po­ko­jące, suto okra­szone elek­tro­nicz­nymi dźwię­kami (nie­rzadko takimi, które poje­dyn­czo można usły­szeć na co dzień) pej­zaże, któ­rych nie powsty­dzi­liby się mistrzo­wie krau­trocka z Can i Neu! na czele. Agre­sywne (cho­ciaż nie, to złe słowo, lep­szym będzie „ener­giczne“) pio­senki prze­pla­tają się z wol­nymi, nie­jako melan­cho­lij­nymi kom­po­zy­cjami, jak na przy­kład „Evil“ czy „I Can Be a Frog“, two­rząc piękne, kon­tra­stowe dzieło.

Jedyną chyba poważną nale­cia­ło­ścią z poprzed­nich „wcie­leń“ The Fla­ming Lips są wokale. Coyne po raz kolejny udo­wad­nia, że potrafi nie tylko świet­nie kom­po­no­wać, ale i feno­me­nal­nie śpie­wać, na spółkę zresztą ze Steve’m Drozd’em. Ale nie tylko, pierw­szy raz w karie­rze Ame­ry­ka­nie zapro­sili do współ­pracy innych muzy­ków — Karen O (świetna w utwo­rze „I Can Be a Frog“), zespół MGMT i… nie­miec­kiego mate­ma­tyka Thorsten’a Wörmann’a, który przez lwią część utwo­rów opi­suje mię­dzy innymi rów­na­nia mate­ma­tyczne (w utwo­rze „Gemini Syrin­ges“ mówi o pier­ście­niu wielomianów).

Po pierw­szym prze­słu­cha­niu nacho­dzi myśl, że album był bar­dzo skom­pli­ko­wany, ale też nudny. Na szczę­ście, kolejne odsłu­chy odda­lają drugą tezę, a pierw­szą, przez kolejne ana­lizy poszcze­gól­nych pio­se­nek, roz­wie­wają, przy­naj­mniej częściowo.

Czy „Embry­onic“ to naj­lep­szy album tego roku? Według mnie — tak. Ale, czy to naj­lep­szy album w dys­ko­gra­fii zespołu? Tego stwier­dzić nie mogę, z pro­stej przy­czyny — nie obcuję z nim wystar­cza­jąco długo, by powie­dzieć, czy prze­bija „Yoshimi Bat­tles the Pink Robots“. Tak czy ina­czej, nie mogę się od niego ode­rwać od połowy paź­dzier­nika (zarówno w domu, jak i na ulicy, przez odtwa­rzacz), a to chyba naj­lep­sza reko­men­da­cja. Pierw­sze miej­sce na mojej liście naj­lep­szych płyt 2009.

  • 10 / 10

2 komentarze/y

  1. […] 1. The Fla­ming Lips “Embry­onic” Pełna recenzja. […]

  2. […] The Fla­ming Lips. Widać to pew­nie w mojej recen­zji ich „Embry­onic“ , ale nie jest tak bez powodu. Muzycy w wyjąt­kowy, wła­ściwy sobie spo­sób potrafią […]

Dodaj komentarz