Sonic Youth, legenda amerykańskiego rocka eksperymentalnego, zespół kultowy, ich albumy to dziś praktycznie klasyka. Nic zatem dziwnego, że fani nakładają na swoich idoli bardzo dużą presję przez wydaniem każdej płyty, a większości z nich nie zadowoli byle co. Tak samo było podczas oczekiwania na „The Eternal”, szesnasty już długogrający album. Udało się amerykanom? Jasne.

Muzycy na następce „Rather Ripped” kazali czekać aż trzy lata, ale teraz mogę powiedzieć z czystym sercem, że było warto. W dwunastu utworach można znaleźć wszystko, czym Sonic Youth raczyli fanów przez prawie trzy dekady, a mianowicie – wszechobecny hałas wydobywany niewiadomymi sposobami z gitar, dobrze wpasowaną perkusję, luźne tło w postaci basu (debiut Marka Ibolda z Pavement), dwoje wokalistów, i gwarancja świeżości materiału.

Jak wspomniałem wcześniej, jest dwoje wokalistów – małżeństwo Thurston Moore i Kim Gordon (czasem swoje przysłowiowe „trzy grosze” wtrąca też gitarzysta, Lee Ranaldo), i dzielą się obowiązkami praktycznie po równo. I kiedy Moore jest dobry jak zawsze, tak Gordon ma tu chyba swoje najlepsze partie od „Daydream Nation”. Szczególnie dobrze widać to w „Anti-Orgasm” i „Malibu Gas Station”.

Warstwa muzyczna jest bardzo kontrastowa, z jednej strony hałaśliwe, brudne gitary, znane przecież tak dobrze z poprzednich dokonań, z drugiej melodyjne rockowe kawałki wpadające w ucho za pierwszym razem. Ale tak naprawdę, to zabawa zaczyna się, kiedy te dwa, niby różne style Amerykanie łączą w jednym utworze, trwającym niespełna cztery minuty. Tak, tylko oni, mimo rzeszy naśladowców, potrafią to „tak” robić.

Nie wiem, czy ktokolwiek interesujący się rockiem nie zna tego zespołu, ale jeżeli tak – „The Eternal” może z powodzeniem służyć jako wizytówka Sonic Youth, zawiera bowiem wszystkie najlepsze cechy trzydziestoletniej kariery, podane w przystępny, acz wyraźny i dosadny sposób. Trzecie miejsce na mojej liście najlepszych płyt 2009.