2009 w muzyce

01.01.2010 — MuzykaKomentarze (0) — Tagi:

Jak co roku, tak i teraz, publi­kuję listę kilku naj­lep­szych płyt mija­ją­cego roku. Nie­stety, wiele ich tym razem nie było, nie musia­łem zasta­na­wiać się dłu­gimi godzi­nami nad pla­so­wa­niem kon­kret­nych pozy­cji, nad przy­zna­niem pierw­szego miej­sca, a jedyna rzecz, nad którą myśla­łem, to coraz gor­sza kon­dy­cja wydaw­nictw, przy­naj­mniej tych, na które ja natrafiam.

Przed­sta­wiam zatem listę pięt­na­stu wydaw­nictw z roku 2009, na które według mnie warto zwró­cić uwagę. Lista poparta krót­kimi recenzjami.

15. Bore­doms „Super Roots 10″ EP
Japoń­czycy po wyda­niu albumu „Seadrum / House of Sun“ w 2004 i krót­kiego zapisu kon­certu w postaci „Super Roots 9″ (a i kolej­nej kon­cer­tówki, sła­bej mimo hiper­po­ten­cjału, „77 Boadrums“ w 2008) osia­dli na lau­rach. Fani doma­ga­jący się nowego mate­riału w końcu dostali co chcieli, jed­nak wyraź­nie widać, że dru­żyna z Eye na czele nie­zbyt rwie się do roboty. Pierw­szy utwór, „Super Rooy“ to trwa­jący czter­dzie­ści sekund buczący dźwięk, słu­żący za intro. Następ­nie „Ant 10″, nie­zła kom­po­zy­cja oparta oczy­wi­ście o kilka zesta­wów per­ku­syj­nych, cha­rak­te­ry­styczny ostat­nimi czasy wokal Yama­taki i kom­pu­te­rowo prze­two­rzone efekty. Bar­dzo szybki i ener­giczny, nastraja pozy­tyw­nie na kolejne cztery utwory. Entu­zjazm jed­nak, jak szybko wznosi się, tak szybko opada, gdy dowia­du­jemy się, że czeka nas podróż przez cztery remixy „Ant 10″. Nie­stety śred­nie, bez wyjątku. Gdyby Bore­doms wydali to jako sin­giel z jed­nym utwo­rem, byłoby lepiej. 2.5/5 na RYMie.

14. dredg „The Pariah, the Par­rot, the Delu­sion„
dredg wsła­wili się bar­dzo dobrym „Leit­mo­tif“ i jesz­cze lep­szym „El Cielo“. Od tam­tej pory byli, może nie w ścisłej, ale jed­nak czo­łówce ame­ry­kań­skiego rocka pro­gre­syw­nego. Nawet troszkę gor­sze „Catch Without Arms“ nie popsuło, przy­naj­mniej w moim odczu­ciu, ich wize­runku. Na następcę trze­ciej płyty kazali cze­kać długo, bo aż cztery lata. „The Pariah, The Par­rot, The Delu­sion“ oka­zało się jed­nak zawo­dem. Krą­żek w dużej mie­rze przy­nu­dza, więk­szość utwo­rów jest podoba do sie­bie. Bra­kuje tu kli­matu i wyczu­cia, a także dobrych kom­po­zy­cji, które na pierw­szych dwóch pły­tach wyle­wały się ze słu­cha­wek. Zamiast tego dosta­jemy 18 cią­gną­cych się utwo­rów utrzy­ma­nych w indie popo­wej sty­li­styce, zna­nej z tele­wi­zji i radia. Moż­liwe, że gdy­bym nie znał dredg wcze­śniej, ocena byłaby wyż­sza. Tak, jest tylko 2.5/5.

13. Grey­ma­chine „Discon­nec­ted„
Gdy usły­sza­łem o Grey­ma­chine, a dokład­niej, to gdy zoba­czy­łem listę osób odpo­wie­dzial­nych za ten pro­jekt, mia­łem wiel­kie nadzieje. W końcu Justin K. Bro­adrick (God­flesh, Jesu, Techno Ani­mal) i Aaron Tur­ner (m.in. ISIS, Old Man Gloom, House of Low Cul­ture) zawsze (a przy­naj­mniej „prze­waż­nie“) gwa­ran­to­wali dobry mate­riał. Co prawda gatu­nek „noise“ dużo mówi, jed­nak tutaj wię­cej jest wcze­snego indu­strial metalu, koja­rzą­cego się po tro­chu z począt­kami God­flesh w dużo gor­szej wer­sji. Słu­cha­jąc płyty łatwo dostrzec mono­to­nię, któ­rej jed­nak, bądź co bądź, ciężko unik­nąć w tym gatunku. Jed­nak Bro­adric­kowi to się uda­wało, nie­jed­no­krot­nie. 2.5/5 na RYMie.

12. Dälek „Gut­ter Tac­tics„
Na kolejną płytę kazali ame­ry­ka­nie cze­kać dwa lata — od wyda­nego w 2007 „Aban­do­ned Lan­gu­age“. Warto było? I tak, i nie. Na „Gut­ter Tac­tics“ nie ma niczego nowego, niczego, czego duet nie poka­załby na poprzed­nich pły­tach. Jest za to wszystko, czym Dälek zdo­byli sobie fanów — dobre tek­sty, świetne pod­kłady, mie­sza­nina noise’u i drone’u pod­parta bitami, czy w końcu ciężki, apo­ka­lip­tyczny kli­mat. Nie­stety cała płyta zlewa się dość mocno w jedno, i to nie w pozy­tyw­nym sen­sie — po pro­stu, po kilku chwi­lach nie wia­domo, co leci, i kiedy się zaczęło. Ale, 3/5 na RYMie.

11. Mono „Hymn to the Immor­tal Wind„
Post-rock to taki spe­cy­ficzny gatu­nek, w któ­rym niby nie da się zro­bić nic nowego, ale jed­nak są wydaw­nic­twa, które wybi­jają się ponad prze­ciętną. Jak na przy­kład nowe wydaw­nic­two Japoń­czy­ków! Po bar­dzo faj­nym „You Are There“ nie opu­ścili się, nie osie­dli na lau­rach. „Hymn…“ ope­ruje w dużej mie­rze na smycz­kach (w końcu 26. oso­bowa orkie­stra robi swoje) i bar­dzo dobrej per­ku­sji, pod­par­tej hała­śliwą gitarą. Bez pro­blemu grają także na uczu­ciach słu­cha­ją­cego, wpro­wa­dza­jąc w dość melan­cho­lijny nastrój, znany z dzieł choćby Wor­ry­train. Epic­kość utwo­rów aż wylewa się ze słu­cha­wek, wyraź­nie widać, że muzycy Mono są ambitni, i bycie „kolej­nym post-rockowym zespo­łem“ dawno prze­stało im wystar­czać. Z dru­giej jed­nak strony, krą­żek trwa ponad 70 minut, i przez to nie­stety męczy, momen­tami, szcze­gól­nie słu­cha­jąc go pierw­szy czy drugi raz, nudzi, przez co staje na półce dzieł nie­ła­twych, nie­mniej war­tych posłu­cha­nia. 3.5/5 na RYMie.

10. Ste­ven Wil­son „NSRGNTS RMXS
Pierw­szą dzie­siątkę otwiera Pan Wil­son, jed­nak nie ze swoim peł­no­praw­nym albu­mem, bo ten uka­zał się w 2008 roku, a z jego remik­sami. Patrząc na listę utwo­rów, moją uwagę przy­kuła obec­ność for­ma­cji Dälek i Pata Maste­lotto, zna­nego ze współ­pracy z King Crim­son. Poza tym są jesz­cze Dave Sitek (tutaj bar­dziej ofi­cjal­nie, jako David A. Sitek), Engi­ne­ers, Fear Falls Bur­ning i Danse Maca­bre. Nowe aran­ża­cje wyszły utwo­rom zde­cy­do­wa­nie na dobre, szcze­gól­nie mam tu na myśli świet­nie przy­pra­wiony elek­tro­niką „Har­mony Korine“, i ostatni utwór obfi­tu­jący w bar­dzo aksa­mitny ambient „Get All You Dese­rve“. Dużą wadą wydaje się układ pio­se­nek na krążku — dwie pierw­sze przy­ćmie­wają resztę, przez co reszta zlewa się w jedno. Gdyby uło­żyć je ina­czej, efekt byłby dużo lep­szy. 3.5/5 na RYMie.

9. Fuck But­tons „Tarot Sport„
Jeżeli jest się użyt­kow­ni­kiem ser­wisu RateY­our­Mu­sic dość długo, można zauwa­żyć, że na nie­które pre­miery jest mocne par­cie, znane lepiej jako hype. Tak było w przy­padku nowego wydaw­nic­twa angiel­skiego Fuck But­tons. Nie zawsze, nie­stety, hype gwa­ran­tuje jakość, bo czę­sto po mie­siącu czy dwóch takowy opada, a wraz z nim oceny. Ale tu tak nie jest, przy­naj­mniej nie do końca. Album zaczyna się dość agre­syw­nie, i tak zostaje do końca. Od pierw­szych minut armada elek­tro­nicz­nego hałasu ata­kuje słu­cha­cza, nie dając chwili wytchnie­nia. Anglicy zapra­szają na sza­loną podróż, nie, na sza­lone doświad­cze­nie. Ciężko tu opi­sać poszcze­gólne utwory, wybrać naj­lep­szy, naj­gor­szy, bo całość pły­nie jak rwąca rzeka, jest tak spójna że nie wymaga ani jed­nego spoj­rze­nia na listę kawał­ków, ani jed­nego zasta­no­wie­nia się „kiedy ten kawa­łek się koń­czy“ czy „który to już“. Tutaj po pro­stu trzeba sie­dzieć, stać, ska­kać, dać się ponieść „Tarot Sport“. 3.5/5 na RYMie.

8. Zu „Car­bo­ni­fe­rous„
O ile pamięć mnie nie myli, a w tym wieku nie powinna, to Zu „od zawsze“ grali awan­gar­dowy jazz, czę­sto we współ­pracy z innymi iko­nami gatunku (Damo Suziki, Mats Gusta­fs­son). Dla­czego zatem teraz zmie­nili styl na ener­ge­tyczny noise/math rock, któ­rego nie powsty­dzi­liby się Shel­lac? Może to efekt współ­pracy z Mike’m Pat­to­nem, może wpływ jego wytwórni Ipe­cac, a może po pro­stu pra­gnie­nie eks­pe­ry­men­to­wa­nia. Tego nie wiem, wiem jed­nak, że to naj­lep­szy album wło­skiego trio, jaki sły­sza­łem. Od pierw­szego do ostat­niego utworu grupa ata­kuje gło­śnymi, suro­wymi dźwię­kami per­ku­sji i niskiego basu, zmia­nami tempa i atmos­fery, zacho­wu­jąc przy tym jaz­zowe zacię­cie, dzięki któ­remu byli, i nadal zresztą są, roz­po­zna­walni. Album hip­no­ty­zuje natło­kiem dźwię­ków, co działa dwo­jako, i dobrze, i źle. Dobrze, bo zosta­wia mocne wra­że­nie i pobu­dza. Źle, bo korzy­sta­jąc z  jed­nego prze­pisu w dzie­się­ciu utwo­rach, nie unik­nęli mono­to­nii. 3.5/5 na RYMie.

7. Dan­ger Mouse and Spar­kle­horse „Dark Night of the Soul„
David Lynch, Mark Lin­kous, Brian Bur­ton — co łączy te nazwi­ska? Ofi­cjal­nie nic. Nie­ofi­cjal­nie, album „Dark Night of the Soul“. Dla­czego „nie­ofi­cjal­nie“ Ano dla­tego, że przez kon­flikty w wytwórni, ta płyta pew­nie nigdy się nie ukaże, a jed­nak krąży po Inter­ne­cie, można jej posłu­chać albo i ścią­gnąć. A usły­szeć można dużo, mię­dzy innymi The Fla­ming Lips, Iggy’ego Popa, Jasona Lytle, Davida Lyn­cha i wielu innych. Krą­żek jest utrzy­many w deli­kat­nej sty­li­styce indie popu, rocka, elek­tro­niki i szczypty hip-hopu. Patrząc na wymie­nione przeze mnie nazwi­ska, można się tro­chę prze­je­chać, bo ocze­ki­wa­nia są ogromne. Jed­nak arty­ści nie dają tu z sie­bie wszyst­kiego, i zna­jąc ich doko­na­nia, tutaj są naj­wy­żej „dobrzy“. Z dru­giej strony, nie można wyma­gać aż tak wiele, to w końcu album opie­ra­jący się na kola­bo­ra­cjach, a nie tylko i włącz­nie na autor­skiej muzyce każ­dego z twór­ców. Na uwagę szcze­gól­nie zasłu­guje Julian Casa­blan­cas i jego „Lit­tle Girl“, a także ostatni utwór z Lyn­chem. Reszta nie­stety zlewa się i mie­sza, jed­nak album nadal jest wart posłu­cha­nia. 3.5/5 na RYMie.

6. Ani­mal Col­lec­tive „Mer­ri­we­ather Post Pavil­lion„
Następca „Straw­berry Jam“ z 2007 roku to chyba jedna z naj­bar­dziej ocze­ki­wa­nych płyt tego roku, a już na pewno naj­bar­dziej ocze­ki­wana płyta stycz­nia. I nic dziw­nego, Ame­ry­ka­nie naro­bili wszyst­kim smaku i nadziei, że po Dże­mie przyj­dzie pora na praw­dziwą ucztę. Nie­stety, album nie oka­zał się tak dobry, jak­bym chciał. Całość utrzy­mana jest w zna­nej fanom noise’owo — elek­tro­nicz­nej, popo­wej opra­wie okra­szo­nej bitami, jed­nak muzycy nie stoją w miej­scu. Od pierw­szej do ostat­niej minuty wyraźny jest postęp i ewo­lu­cja, jaka doko­nała się od 2007 roku, tak samo, jak wyraźna jest ewo­lu­cja mię­dzy „Feels“ a „Straw­berry Jam“. Dużym plu­sem jest fakt, że mimo zacho­wa­nia płyn­no­ści stylu i melo­dyj­no­ści, wszyst­kie jede­na­ście utwo­rów można łatwo roz­róż­nić już po dwóch prze­słu­cha­niach, i to bez wsłu­chi­wa­nia się w, jak zwy­kle u Ani­mal Col­lec­tive, abs­trak­cyjne tek­sty. Minus z kolei to nie­które „zwal­nia­jące tempo“ utwory, szcze­gól­nie „No More Run­nin’“. Rozu­miem kon­cept, ale jed­nak, według mnie, ten kawa­łek tu nie pasuje. 4/5 na RYMie, ale — w lecie, szcze­gól­nie wie­czo­rem, spo­koj­nie można dodać pół punktu do oceny, bo kli­mat wpa­so­wuje się idealnie.

5. Por­cu­pine Tree „The Inci­dent„
Dwu­pły­towy potwór Ste­vena Wil­sona i jego kole­gów z Por­cu­pine Tree namie­szał troszkę wśród fanów kapeli, dzie­ląc ich nie­jako na „za“ i „prze­ciw“ Incy­den­towi. Po któ­rej ja jestem stro­nie? Ja nie jestem fanem Por­cu­pine Tree. Nigdy za nimi szcze­gól­nie nie prze­pa­da­łem, a otoczka „bosko­ści“ wytwo­rzona przez fanów odpy­chała mnie dość mocno. Mimo to zain­te­re­so­wa­łem się nowym wydaw­nic­twem, i wcale nie żałuję. Pierw­sza płyta to czter­na­ściue utwo­rów, i 55 minut. Ale tak naprawdę, to spo­koj­nie mogli to podzie­lić na dwa, trzy kawałki, bo całość jest bar­dzo spójna muzycz­nie, ale nie tek­stowo. „The Inci­dent“ to album kon­cep­cyjny, trak­tu­jący jed­nak o wielu tema­tach, a łączy je jedy­nie nar­ra­cja w pierw­szej oso­bie. Na szcze­gólną uwagę zasłu­guje nieco nostal­giczne i melan­cho­lijne „Time Flies“, naj­dłuż­sza na albu­mie, bo trwa­jąca pra­wie dwa­na­ście minut, pio­senka trak­tu­jąca wła­śnie o ucie­ka­ją­cym cza­sie. Na dru­giej pły­cie „wię­cej tego samego“, ale to już mate­riał ode­rwany od kon­ceptu z pierw­szej czę­ści, bar­dziej w stylu nie­zo­bo­wią­zu­ją­cych, wrzu­co­nych koło sobie kawał­ków. Głów­nie instru­men­tal­nych. Ciężko powie­dzieć, czy ta płyta dorów­nuje, prze­bija czy jest gor­sza od poprzed­nich doko­nań zespołu Ste­vena, bo ich nie znam dobrze. Na pewno jest gor­szej, niż na „Deadwing“. Ale i tak, 4/5 na RYMie.

4. El Grupo Nuevo de Omar Rodri­guez Lopez „Cryp­tom­ne­sia„
Nowy zespół Omara? O! Tak, tak, El Grupo Nuevo… to kolejny już pro­jekt afro­mena z gitarą, tutaj we współ­pracy mię­dzy innymi (a może przede wszyst­kim) z per­ku­si­stą Hella — Zachem Hill’em. Grupa działa od 2006 roku, wtedy też powstał debiu­tancki album „Cryp­tom­ne­sia“ (ha ha ha, kolejny trudny tytuł od Omara i spółki), jed­nak z wyda­niem cze­kali aż 3 lata, dla­czego? Cedric, woka­li­sta The Mars Volta, w 2008 roku dograł… wokale na całą płytę, i nie­stety, ale to czuć. W nie­któ­rych kawał­kach fakt, wpa­so­wał się ide­al­nie, ale mimo wszystko, po dru­gim, trze­cim prze­słu­cha­niu wyraź­nie widać, że poja­wił się póź­niej i „nało­żyli go“ na gotowy mate­riał. Ale mimo to, album jest bar­dzo, bar­dzo dobry, ale tylko dla ludzi, któ­rzy lubią The Mars Volta, bo to prze­cież dzieło Rodrigueza-Lopeza. Kom­po­zy­cje są zakrę­cone, skom­pli­ko­wane, zmu­szają do zaan­ga­żo­wa­nia się, myśle­nia o tym, co wła­śnie „leci“. Dużym plu­sem jest fakt, że całość się nie prze­ciąga, mimo że lwia część pio­se­nek lekko się zlewa, ale nie w złym tego słowa zna­cze­niu — tutaj two­rzą zgrabną całość, nie­mal kon­cep­cyjną paczkę. Zresztą, niczego innego się nie spo­dzie­wa­łem, patrząc na skład. 4/5 na RYMie.

3. Sonic Youth „The Eter­nal„
Pełna recen­zja.

2. The Mars Volta „Octa­he­dron„
Pełna recen­zja.

1. The Fla­ming Lips „Embry­onic„
Pełna recen­zja.

Dodaj komentarz