Jak co roku, tak i teraz, publikuję listę kilku najlepszych płyt mijającego roku. Niestety, wiele ich tym razem nie było, nie musiałem zastanawiać się długimi godzinami nad plasowaniem konkretnych pozycji, nad przyznaniem pierwszego miejsca, a jedyna rzecz, nad którą myślałem, to coraz gorsza kondycja wydawnictw, przynajmniej tych, na które ja natrafiam.

Przedstawiam zatem listę piętnastu wydawnictw z roku 2009, na które według mnie warto zwrócić uwagę. Lista poparta krótkimi recenzjami.

15. Boredoms „Super Roots 10″ EP
Japończycy po wydaniu albumu „Seadrum / House of Sun” w 2004 i krótkiego zapisu koncertu w postaci „Super Roots 9″ (a i kolejnej koncertówki, słabej mimo hiperpotencjału, „77 Boadrums” w 2008) osiadli na laurach. Fani domagający się nowego materiału w końcu dostali co chcieli, jednak wyraźnie widać, że drużyna z Eye na czele niezbyt rwie się do roboty. Pierwszy utwór, „Super Rooy” to trwający czterdzieści sekund buczący dźwięk, służący za intro. Następnie „Ant 10″, niezła kompozycja oparta oczywiście o kilka zestawów perkusyjnych, charakterystyczny ostatnimi czasy wokal Yamataki i komputerowo przetworzone efekty. Bardzo szybki i energiczny, nastraja pozytywnie na kolejne cztery utwory. Entuzjazm jednak, jak szybko wznosi się, tak szybko opada, gdy dowiadujemy się, że czeka nas podróż przez cztery remixy „Ant 10″. Niestety średnie, bez wyjątku. Gdyby Boredoms wydali to jako singiel z jednym utworem, byłoby lepiej. 2.5/5 na RYMie.

14. dredg „The Pariah, the Parrot, the Delusion”
dredg wsławili się bardzo dobrym „Leitmotif” i jeszcze lepszym „El Cielo”. Od tamtej pory byli, może nie w ścisłej, ale jednak czołówce amerykańskiego rocka progresywnego. Nawet troszkę gorsze „Catch Without Arms” nie popsuło, przynajmniej w moim odczuciu, ich wizerunku. Na następcę trzeciej płyty kazali czekać długo, bo aż cztery lata. „The Pariah, The Parrot, The Delusion” okazało się jednak zawodem. Krążek w dużej mierze przynudza, większość utworów jest podoba do siebie. Brakuje tu klimatu i wyczucia, a także dobrych kompozycji, które na pierwszych dwóch płytach wylewały się ze słuchawek. Zamiast tego dostajemy 18 ciągnących się utworów utrzymanych w indie popowej stylistyce, znanej z telewizji i radia. Możliwe, że gdybym nie znał dredg wcześniej, ocena byłaby wyższa. Tak, jest tylko 2.5/5.

13. Greymachine „Disconnected”
Gdy usłyszałem o Greymachine, a dokładniej, to gdy zobaczyłem listę osób odpowiedzialnych za ten projekt, miałem wielkie nadzieje. W końcu Justin K. Broadrick (Godflesh, Jesu, Techno Animal) i Aaron Turner (m.in. ISIS, Old Man Gloom, House of Low Culture) zawsze (a przynajmniej „przeważnie”) gwarantowali dobry materiał. Co prawda gatunek „noise” dużo mówi, jednak tutaj więcej jest wczesnego industrial metalu, kojarzącego się po trochu z początkami Godflesh w dużo gorszej wersji. Słuchając płyty łatwo dostrzec monotonię, której jednak, bądź co bądź, ciężko uniknąć w tym gatunku. Jednak Broadrickowi to się udawało, niejednokrotnie. 2.5/5 na RYMie.

12. Dälek „Gutter Tactics”
Na kolejną płytę kazali amerykanie czekać dwa lata – od wydanego w 2007 „Abandoned Language”. Warto było? I tak, i nie. Na „Gutter Tactics” nie ma niczego nowego, niczego, czego duet nie pokazałby na poprzednich płytach. Jest za to wszystko, czym Dälek zdobyli sobie fanów – dobre teksty, świetne podkłady, mieszanina noise’u i drone’u podparta bitami, czy w końcu ciężki, apokaliptyczny klimat. Niestety cała płyta zlewa się dość mocno w jedno, i to nie w pozytywnym sensie – po prostu, po kilku chwilach nie wiadomo, co leci, i kiedy się zaczęło. Ale, 3/5 na RYMie.

11. Mono „Hymn to the Immortal Wind”
Post-rock to taki specyficzny gatunek, w którym niby nie da się zrobić nic nowego, ale jednak są wydawnictwa, które wybijają się ponad przeciętną. Jak na przykład nowe wydawnictwo Japończyków! Po bardzo fajnym „You Are There” nie opuścili się, nie osiedli na laurach. „Hymn…” operuje w dużej mierze na smyczkach (w końcu 26. osobowa orkiestra robi swoje) i bardzo dobrej perkusji, podpartej hałaśliwą gitarą. Bez problemu grają także na uczuciach słuchającego, wprowadzając w dość melancholijny nastrój, znany z dzieł choćby Worrytrain. Epickość utworów aż wylewa się ze słuchawek, wyraźnie widać, że muzycy Mono są ambitni, i bycie „kolejnym post-rockowym zespołem” dawno przestało im wystarczać. Z drugiej jednak strony, krążek trwa ponad 70 minut, i przez to niestety męczy, momentami, szczególnie słuchając go pierwszy czy drugi raz, nudzi, przez co staje na półce dzieł niełatwych, niemniej wartych posłuchania. 3.5/5 na RYMie.

10. Steven Wilson „NSRGNTS RMXS”
Pierwszą dziesiątkę otwiera Pan Wilson, jednak nie ze swoim pełnoprawnym albumem, bo ten ukazał się w 2008 roku, a z jego remiksami. Patrząc na listę utworów, moją uwagę przykuła obecność formacji Dälek i Pata Mastelotto, znanego ze współpracy z King Crimson. Poza tym są jeszcze Dave Sitek (tutaj bardziej oficjalnie, jako David A. Sitek), Engineers, Fear Falls Burning i Danse Macabre. Nowe aranżacje wyszły utworom zdecydowanie na dobre, szczególnie mam tu na myśli świetnie przyprawiony elektroniką „Harmony Korine”, i ostatni utwór obfitujący w bardzo aksamitny ambient „Get All You Deserve”. Dużą wadą wydaje się układ piosenek na krążku – dwie pierwsze przyćmiewają resztę, przez co reszta zlewa się w jedno. Gdyby ułożyć je inaczej, efekt byłby dużo lepszy. 3.5/5 na RYMie.

9. Fuck Buttons „Tarot Sport”
Jeżeli jest się użytkownikiem serwisu RateYourMusic dość długo, można zauważyć, że na niektóre premiery jest mocne parcie, znane lepiej jako hype. Tak było w przypadku nowego wydawnictwa angielskiego Fuck Buttons. Nie zawsze, niestety, hype gwarantuje jakość, bo często po miesiącu czy dwóch takowy opada, a wraz z nim oceny. Ale tu tak nie jest, przynajmniej nie do końca. Album zaczyna się dość agresywnie, i tak zostaje do końca. Od pierwszych minut armada elektronicznego hałasu atakuje słuchacza, nie dając chwili wytchnienia. Anglicy zapraszają na szaloną podróż, nie, na szalone doświadczenie. Ciężko tu opisać poszczególne utwory, wybrać najlepszy, najgorszy, bo całość płynie jak rwąca rzeka, jest tak spójna że nie wymaga ani jednego spojrzenia na listę kawałków, ani jednego zastanowienia się „kiedy ten kawałek się kończy” czy „który to już”. Tutaj po prostu trzeba siedzieć, stać, skakać, dać się ponieść „Tarot Sport”. 3.5/5 na RYMie.

8. Zu „Carboniferous”
O ile pamięć mnie nie myli, a w tym wieku nie powinna, to Zu „od zawsze” grali awangardowy jazz, często we współpracy z innymi ikonami gatunku (Damo Suziki, Mats Gustafsson). Dlaczego zatem teraz zmienili styl na energetyczny noise/math rock, którego nie powstydziliby się Shellac? Może to efekt współpracy z Mike’m Pattonem, może wpływ jego wytwórni Ipecac, a może po prostu pragnienie eksperymentowania. Tego nie wiem, wiem jednak, że to najlepszy album włoskiego trio, jaki słyszałem. Od pierwszego do ostatniego utworu grupa atakuje głośnymi, surowymi dźwiękami perkusji i niskiego basu, zmianami tempa i atmosfery, zachowując przy tym jazzowe zacięcie, dzięki któremu byli, i nadal zresztą są, rozpoznawalni. Album hipnotyzuje natłokiem dźwięków, co działa dwojako, i dobrze, i źle. Dobrze, bo zostawia mocne wrażenie i pobudza. Źle, bo korzystając z  jednego przepisu w dziesięciu utworach, nie uniknęli monotonii. 3.5/5 na RYMie.

7. Danger Mouse and Sparklehorse „Dark Night of the Soul”
David Lynch, Mark Linkous, Brian Burton – co łączy te nazwiska? Oficjalnie nic. Nieoficjalnie, album „Dark Night of the Soul”. Dlaczego „nieoficjalnie” Ano dlatego, że przez konflikty w wytwórni, ta płyta pewnie nigdy się nie ukaże, a jednak krąży po Internecie, można jej posłuchać albo i ściągnąć. A usłyszeć można dużo, między innymi The Flaming Lips, Iggy’ego Popa, Jasona Lytle, Davida Lyncha i wielu innych. Krążek jest utrzymany w delikatnej stylistyce indie popu, rocka, elektroniki i szczypty hip-hopu. Patrząc na wymienione przeze mnie nazwiska, można się trochę przejechać, bo oczekiwania są ogromne. Jednak artyści nie dają tu z siebie wszystkiego, i znając ich dokonania, tutaj są najwyżej „dobrzy”. Z drugiej strony, nie można wymagać aż tak wiele, to w końcu album opierający się na kolaboracjach, a nie tylko i włącznie na autorskiej muzyce każdego z twórców. Na uwagę szczególnie zasługuje Julian Casablancas i jego „Little Girl”, a także ostatni utwór z Lynchem. Reszta niestety zlewa się i miesza, jednak album nadal jest wart posłuchania. 3.5/5 na RYMie.

6. Animal Collective „Merriweather Post Pavillion”
Następca „Strawberry Jam” z 2007 roku to chyba jedna z najbardziej oczekiwanych płyt tego roku, a już na pewno najbardziej oczekiwana płyta stycznia. I nic dziwnego, Amerykanie narobili wszystkim smaku i nadziei, że po Dżemie przyjdzie pora na prawdziwą ucztę. Niestety, album nie okazał się tak dobry, jakbym chciał. Całość utrzymana jest w znanej fanom noise’owo – elektronicznej, popowej oprawie okraszonej bitami, jednak muzycy nie stoją w miejscu. Od pierwszej do ostatniej minuty wyraźny jest postęp i ewolucja, jaka dokonała się od 2007 roku, tak samo, jak wyraźna jest ewolucja między „Feels” a „Strawberry Jam”. Dużym plusem jest fakt, że mimo zachowania płynności stylu i melodyjności, wszystkie jedenaście utworów można łatwo rozróżnić już po dwóch przesłuchaniach, i to bez wsłuchiwania się w, jak zwykle u Animal Collective, abstrakcyjne teksty. Minus z kolei to niektóre „zwalniające tempo” utwory, szczególnie „No More Runnin'”. Rozumiem koncept, ale jednak, według mnie, ten kawałek tu nie pasuje. 4/5 na RYMie, ale – w lecie, szczególnie wieczorem, spokojnie można dodać pół punktu do oceny, bo klimat wpasowuje się idealnie.

5. Porcupine Tree „The Incident”
Dwupłytowy potwór Stevena Wilsona i jego kolegów z Porcupine Tree namieszał troszkę wśród fanów kapeli, dzieląc ich niejako na „za” i „przeciw” Incydentowi. Po której ja jestem stronie? Ja nie jestem fanem Porcupine Tree. Nigdy za nimi szczególnie nie przepadałem, a otoczka „boskości” wytworzona przez fanów odpychała mnie dość mocno. Mimo to zainteresowałem się nowym wydawnictwem, i wcale nie żałuję. Pierwsza płyta to czternaściue utworów, i 55 minut. Ale tak naprawdę, to spokojnie mogli to podzielić na dwa, trzy kawałki, bo całość jest bardzo spójna muzycznie, ale nie tekstowo. „The Incident” to album koncepcyjny, traktujący jednak o wielu tematach, a łączy je jedynie narracja w pierwszej osobie. Na szczególną uwagę zasługuje nieco nostalgiczne i melancholijne „Time Flies”, najdłuższa na albumie, bo trwająca prawie dwanaście minut, piosenka traktująca właśnie o uciekającym czasie. Na drugiej płycie „więcej tego samego”, ale to już materiał oderwany od konceptu z pierwszej części, bardziej w stylu niezobowiązujących, wrzuconych koło sobie kawałków. Głównie instrumentalnych. Ciężko powiedzieć, czy ta płyta dorównuje, przebija czy jest gorsza od poprzednich dokonań zespołu Stevena, bo ich nie znam dobrze. Na pewno jest gorszej, niż na „Deadwing”. Ale i tak, 4/5 na RYMie.

4. El Grupo Nuevo de Omar Rodriguez Lopez „Cryptomnesia”
Nowy zespół Omara? O! Tak, tak, El Grupo Nuevo… to kolejny już projekt afromena z gitarą, tutaj we współpracy między innymi (a może przede wszystkim) z perkusistą Hella – Zachem Hill’em. Grupa działa od 2006 roku, wtedy też powstał debiutancki album „Cryptomnesia” (ha ha ha, kolejny trudny tytuł od Omara i spółki), jednak z wydaniem czekali aż 3 lata, dlaczego? Cedric, wokalista The Mars Volta, w 2008 roku dograł… wokale na całą płytę, i niestety, ale to czuć. W niektórych kawałkach fakt, wpasował się idealnie, ale mimo wszystko, po drugim, trzecim przesłuchaniu wyraźnie widać, że pojawił się później i „nałożyli go” na gotowy materiał. Ale mimo to, album jest bardzo, bardzo dobry, ale tylko dla ludzi, którzy lubią The Mars Volta, bo to przecież dzieło Rodrigueza-Lopeza. Kompozycje są zakręcone, skomplikowane, zmuszają do zaangażowania się, myślenia o tym, co właśnie „leci”. Dużym plusem jest fakt, że całość się nie przeciąga, mimo że lwia część piosenek lekko się zlewa, ale nie w złym tego słowa znaczeniu – tutaj tworzą zgrabną całość, niemal koncepcyjną paczkę. Zresztą, niczego innego się nie spodziewałem, patrząc na skład. 4/5 na RYMie.

3. Sonic Youth „The Eternal”
Pełna recenzja.

2. The Mars Volta „Octahedron”
Pełna recenzja.

1. The Flaming Lips „Embryonic”
Pełna recenzja.