Filmy Terry’ego Gilliama od zawsze spotykały się z dużym zainteresowaniem. Nie ma się co dziwić, w końcu to on reżyserował (no dobra, był jednym z reżyserów) najsłynniejszy film grupy Monty Python – „Monty Python i Święty Graal”, której był zresztą członkiem od początku do końca.

Akcja filmu dzieje się w bliżej nieznanym totalitarnym kraju w XX wieku. Społeczeństwo jest całkowicie zawładnięte przez konsumpcjonizm, osoby na ulicy widziane są najczęściej w towarzystwie wózków wypchanych po brzegi zakupami, a dzieci pytane, co chciałyby dostać od Mikołaja, odpowiadają że kartę kredytową. Państwo nastawione jest na wyzysk obywateli, każąc na przykład zwracać koszt śledztwa i pobytu w odosobnieniu osobom ściganym.

Obraz emanuje groteską i przerysowaniem, a także cierpką satyrą, dotykając w dużej mierze tematów, które w Ameryce Północnej w latach 80-tych były bardzo popularne – operacje plastyczne, modne kreacje, popularyzacja kredytów czy nepotyzm.

Graficznie film zachwyca, łącząc elementy z wystroju panującego w USA w latach 20-tych i 40-tych XX wieku z zimnym stylem przesiąkniętym maszynami i… rurami (tak, reżyser w niemal każdym miejscu i z uporem maniaka umieszcza rury). Efekty specjalnie również stoją na wysokim poziomie, i nawet dziś, po niemal 25 latach potrafią zachwycić, tym bardziej że robiono je bez pomocy modelowania komputerowego. Podobnie muzyka, nie narzuca się, nigdy nie stara się być na pierwszym planie, a przy tym pasuje idealnie do sytuacji. Utwór przewodni, z którego zresztą zaczerpnięto końcowy tytuł filmu, swoją stylistyką podkreśla dualizm scenerii.

Historia przedstawiona w filmie z początku wydaje się prosta – urzędnik niskiego szczebla, Sam Lowry, by uniknąć marazmu i gnuśności powodowanej swą posadą ucieka w marzenia. W nich jest skrzydlatym rycerzem w lśniącej zbroi ratującym wyśnioną kobietę z klatki zawieszonej na niebie. Punktem kulminacyjnym jest próba zwrotu nadpłaty wynikłej przy drobnym błędzie komputera (martwa mucha, wpadając do drukarki powoduje zwarcie, i zamiast nazwiska „Tuttle”, wychodzi „Buttle”). Lowry, oferując pomoc swojemu niezbyt roztropnemu przełożonemu, deklaruje chęć wręczenia czeku. Podczas próby uregulowania należności, Sam widzi kobietę, która nachodzi go w snach. Niewiele myśląc, idzie za nią i próbuje zjednać sobie jej uczucia. Ta, starając się wyjaśnić zaistniałą pomyłkę, staje się wrogiem systemu, a Lowry, próbując jej pomóc, współwinnym.

Kolejne sceny stają się coraz to ciekawsze, a wydarzenia, których świadkiem jest Lowry, mają później odzwierciedlenie w jego fantazjach. W końcu nie jest już pewne, co jest jawą, a co snem.

Aktorstwo w filmie stoi na bardzo wysokim poziomie. Bardzo dobry Jonathan Pryce w roli Sama (w końcu to ten właśnie obraz pokazał go szerszej publiczności i stał się jego drzwiami do kariery kinowej), równie dobry Michael Palin, tu grający starego znajomego protagonisty, a także przykładnego ojca i pracownika znanego z plakatów propagandowych lat 40-tych, czy w końcu Robert De Niro, z małą ale jak znaczącą rolą, pojawiając się na ekranie dosłownie na chwilę, przyćmiewa wszystkich charyzmą i tajemniczością (i po trochu kompletnie groteskową, aczkolwiek wymuszoną przez państwo, postawą).

Jak łatwo teraz zauważyć, „Brazil” jest wzorowane na „Roku 1984″ Orwella (ba, najpierw film miał być nazwany „1984 ½”), z tą jednak różnicą, że w przypadku obrazu Gilliama, państwo i jego ustrój są przedstawione na zasadzie wspomnianych satyry i groteski, a nie jak u Brytyjczyka, powagi. Nie ma też ucieleśnienia władzy w postaci „Wielkiego Brata”, ale za to, są Ministerstwa (lub Departamenty, zależnie od tłumaczenia), inwigilacja i nieomylność rządu.

Po dwudziestu pięciu latach film nadal intryguje, bawi i zachęca do wysnuwania własnych interpretacji, a to chyba najlepsza rekomendacja. Szczerze polecam, każdemu.