Vampire Hunter D“

Tomek — 09.12.2009 — Anime, FilmKomentarze (0) — Tagi: ,

Pod­czas oglą­da­nia star­szych fil­mów zawsze wypływa, prę­dzej czy póź­niej, kwe­stia tego, jak obraz się zestrzał. Jedne prze­cho­dzą próbę czasu, czę­sto nawet na korzyść, dru­gie z kolei, cóż, nie.

Vam­pire Hun­ter D“ to anime z 1985 roku, będący debiu­tem reży­ser­skim Toyoo Ashidy dla dużego ekranu. Histo­ria jest bar­dzo pro­sta, nawet jak na tamte czasy. Dziew­czyna imie­niem Doris pew­nej nocy zostaje ugry­ziona przez znu­dzo­nego hra­biego wam­pi­rów, głowę rodziny Lee, który upa­trzył ją sobie na żonę. Ta, w poszu­ki­wa­niu zemsty prosi o pomoc tytu­ło­wego łowcę imie­niem D. Nie­wiele myśląc zga­dza się, i reszta toczy się bar­dzo, bar­dzo sztampowo.

Akcja dzieje się w dale­kiej przy­szło­ści, jed­nak twórcy nie posta­rali się, by to uka­zać. Loka­cje, jak i ubiór postaci bar­dziej pasują do pierw­szej połowy XX wieku w Ame­ryce Pół­noc­nej. Jedy­nie broń palna uży­wana przez Doris i kilka napo­mknię­tych przez boha­te­rów przed­mio­tów suge­ruje futuryzm.

Jeżeli zaś cho­dzi o postaci, D to ste­reo­typ boha­tera w takich fil­mach — mil­czący, wiecz­nie poważny, i oczy­wi­ście sku­teczny. Z wyglądu rów­nież nie odbiega daleko od sza­blo­nów — czarne dłu­gie włosy, długi płaszcz, popu­larny wów­czas „kostium“ troszkę w stylu super­bo­ha­tera, i duży kape­lusz. Do tego lubiany w Japo­nii wielki miecz. Rów­nież Doris nie grze­szy ory­gi­nal­no­ścią jak na tam­tej­sze stan­dardy — jest wojow­ni­cza i odważna, lecz mimo tego słaba, a na domiar tego wszyst­kiego popada w fascy­na­cję D (nie wie­rze, że ktoś się tego nie domyślił).

Nie znam wyso­ko­ści fun­du­szy, jakie zostały przy­znane „Vam­pire Hun­ter D“, ale wydaje mi się, że nawet w 1985 roku Japo­nia, jako ojczy­zna anime, ofe­ro­wała twór­com lep­sze środki, niż te, któ­rych użyto. Sam wygląd postaci nie jest tra­giczny, jak na tamte czasy można powie­dzieć że jest (tylko, jed­nak) nie­zły. Nie­stety ani­ma­cja ma się gorzej. W wielu miej­scach wystę­puje zapę­tle­nie kilku kla­tek, i to w takim momen­cie, że wyraź­nie widać nie­przy­jemny prze­skok. Rów­nież ruchy postaci są oszczędne, by nie powie­dzieć ospałe, co nie powinno mieć miej­sca w fil­mie opar­tym głów­nie o akcję.

Lepiej ma się dźwięk i głosy, jed­nak i tu aktor­stwo (opie­ram się na japoń­skiej ścieżce) nie stoi na tak wyso­kim pozio­mie, jakiego można by ocze­ki­wać po pro­duk­cji. Zawo­dzi zwłasz­cza Doris, któ­rej głos jest iry­tu­jący, przy­po­mi­na­jący pisk 12-latki. Muzyka to kolejny powód do narze­kań — w więk­szo­ści nudna, żeby nie powie­dzieć prze­szka­dza­jąca w oglądaniu.

Vam­pire Hun­ter D“ zali­cza się do dru­giej grupy wspo­mnia­nych na początku tek­stu fil­mów. Nie­stety, prze­grał walkę nie tylko z cza­sem, ale i ponie­kąd z twór­cami, któ­rzy posta­wili na pro­ste i oczy­wi­ste roz­wią­za­nia, wystrze­ga­jąc się jakich­kol­wiek inte­re­su­ją­cych zabie­gów. Mie­szanka sła­bej ani­ma­cji, nud­nej fabuły i sła­bego dźwięku, dopra­wiona bar­dzo obfi­cie nie­za­mie­rzo­nym kiczem.

Podobno kon­ty­nu­acja z 2001 roku — „Vam­pire Hun­ter D: Blo­odlust“ jest dużo lep­sza, jed­nak po tym sean­sie nie mam ochoty tego sprawdzać.

  • 2 / 10

Dodaj komentarz