Podczas oglądania starszych filmów zawsze wypływa, prędzej czy później, kwestia tego, jak obraz się zestrzał. Jedne przechodzą próbę czasu, często nawet na korzyść, drugie z kolei, cóż, nie.

„Vampire Hunter D” to anime z 1985 roku, będący debiutem reżyserskim Toyoo Ashidy dla dużego ekranu. Historia jest bardzo prosta, nawet jak na tamte czasy. Dziewczyna imieniem Doris pewnej nocy zostaje ugryziona przez znudzonego hrabiego wampirów, głowę rodziny Lee, który upatrzył ją sobie na żonę. Ta, w poszukiwaniu zemsty prosi o pomoc tytułowego łowcę imieniem D. Niewiele myśląc zgadza się, i reszta toczy się bardzo, bardzo sztampowo.

Akcja dzieje się w dalekiej przyszłości, jednak twórcy nie postarali się, by to ukazać. Lokacje, jak i ubiór postaci bardziej pasują do pierwszej połowy XX wieku w Ameryce Północnej. Jedynie broń palna używana przez Doris i kilka napomkniętych przez bohaterów przedmiotów sugeruje futuryzm.

Jeżeli zaś chodzi o postaci, D to stereotyp bohatera w takich filmach – milczący, wiecznie poważny, i oczywiście skuteczny. Z wyglądu również nie odbiega daleko od szablonów – czarne długie włosy, długi płaszcz, popularny wówczas „kostium” troszkę w stylu superbohatera, i duży kapelusz. Do tego lubiany w Japonii wielki miecz. Również Doris nie grzeszy oryginalnością jak na tamtejsze standardy – jest wojownicza i odważna, lecz mimo tego słaba, a na domiar tego wszystkiego popada w fascynację D (nie wierze, że ktoś się tego nie domyślił).

Nie znam wysokości funduszy, jakie zostały przyznane „Vampire Hunter D”, ale wydaje mi się, że nawet w 1985 roku Japonia, jako ojczyzna anime, oferowała twórcom lepsze środki, niż te, których użyto. Sam wygląd postaci nie jest tragiczny, jak na tamte czasy można powiedzieć że jest (tylko, jednak) niezły. Niestety animacja ma się gorzej. W wielu miejscach występuje zapętlenie kilku klatek, i to w takim momencie, że wyraźnie widać nieprzyjemny przeskok. Również ruchy postaci są oszczędne, by nie powiedzieć ospałe, co nie powinno mieć miejsca w filmie opartym głównie o akcję.

Lepiej ma się dźwięk i głosy, jednak i tu aktorstwo (opieram się na japońskiej ścieżce) nie stoi na tak wysokim poziomie, jakiego można by oczekiwać po produkcji. Zawodzi zwłaszcza Doris, której głos jest irytujący, przypominający pisk 12-latki. Muzyka to kolejny powód do narzekań – w większości nudna, żeby nie powiedzieć przeszkadzająca w oglądaniu.

„Vampire Hunter D” zalicza się do drugiej grupy wspomnianych na początku tekstu filmów. Niestety, przegrał walkę nie tylko z czasem, ale i poniekąd z twórcami, którzy postawili na proste i oczywiste rozwiązania, wystrzegając się jakichkolwiek interesujących zabiegów. Mieszanka słabej animacji, nudnej fabuły i słabego dźwięku, doprawiona bardzo obficie niezamierzonym kiczem.

Podobno kontynuacja z 2001 roku – „Vampire Hunter D: Bloodlust” jest dużo lepsza, jednak po tym seansie nie mam ochoty tego sprawdzać.