Grupa The Mars Volta zawojowała, można powiedzieć, przemysł rockowy w 2003, wypuszczając „De-loused in the Comatorium„. Zaskarbili sobie przez to wielu zwolenników, którzy niecierpliwie wypatrywali następcy debiutu. Amerykanie kazali fanom czekać niespełna dwa lata, i według jednych warto było, według drugich już mniej.

„Fraces the Mute”, płyta wydana w 2005 roku podzieliła fanów formacji na dwa obozy. Z jednej strony bardziej zatwardziali słuchacze, przyzwyczajeni do działalności duetu jeszcze w At the Drive-In, z drugiej zaś osoby bardziej otwarte na eksperymentalną muzykę, której na pierwszym albumie było mniej.

Album, ponownie koncepcyjny, i ponownie oparty na częściowo prawdziwej historii, mówi o człowieku imieniem Vismund Cygnus, który podczas poszukiwania swoich biologicznych rodziców spotyka wiele barwnych osobistości, możliwe że bardziej interesujących niż sam cel wyprawy. Treść pokrywa się ze znaleziskiem, jakiego dokonał Jeremy Ward, ówczesny człowiek grupy. W czasach kiedy pracował jako komornik, w aucie, które zajął, znalazł pamiętnik. Czytając go, dostrzegał podobieństwa między swoim życiem, a tym opisanym w zeszycie. Autor opisywał swoje poszukiwania biologicznych rodziców, kładąc duży nacisk na napotkane podczas wędrówki osoby. Nazwiska osób posłużyły za nazwy utworów, a cała historia została ponownie przepisania w formę utworów, i zaśpiewana przez Cedrica.

Stylistycznie płyta nawiązuje do poprzedniczki, jednak nie tak, jak wszyscy by sobie tego życzyli. Omar posunął się dużo dalej podczas komponowania utworów, wplatając między innymi psychodeliczny rock, latynoski jazz, ambient, funk, dub, elektronikę w krótkie, bo kilkuminutowe suity. Również warstwa wokalna ewoluowała, Cedric śpiewa w większej skali, mieszając ponadto języki – angielski i hiszpański, nierzadko stosując je na przemian w zaledwie kilku zdaniach.

Stroną wizualną ponownie zajął się angielski artysta Storm Thorgerson, ukazując na okładce ludzi siedzących w samochodach z czerwonymi workami na głowię. Możliwe, że jest to odniesienie do miejsca, w którym Ward znalazł wcześniej wspomniany pamiętnik.

„Frances the Mute” to dzieło dość ciężkostrawne, i na pewno nie tak przystępne jak debiutancki krążek muzyków z El Paso. Jednak, jak poprzednio, jeżeli szukasz muzyki skomplikowanej, wymagającej skupienia, analizy, myślę, że warto sięgnąć po drugi album The Mars Volta.