„The Mars Volta” to pomysł dwóch muzyków – Omara Rodriguez’a-Lopez’a i Cedrixa Blixer’a-Zavala (hell to the yeah, to było trudne), założony w 2001 roku, niedługo po rozpadzie ich poprzedniej formacji – At the Drive-In. Oczywiście, w projekcie uczestniczy wielu innych muzyków, niemniej ta dwójka to filary grupy.

„De-loused in the Comatorium” to wydany w 2003 album koncepcyjny, oparty na krótkiej powieści Cedrica i Jeremy’ego Ward’a, która z kolei oparta została na życiu i śmierci dobrego przyjaciela wokalisty – artysty Julio Venegas’a. Nie wiem, czy jego życie było o coś oparte. Warto wspomnieć, że to właśnie debiut jest największym, zarówno komercyjnie, jak i krytycznie, osiągnięciem grupy.

Historia, przedstawiana z perspektywy pierwszej osoby, opowiada o człowieku imieniem Cerpin Taxt, narkomanie, który chcąc popełnić samobójstwo, wstrzykuje sobie dożylnie obfitą mieszankę morfiny i trucizny na szczury. Niestety fakt, że jest uodporniony na ów substancje powoduje zapadnięcie Taxt’a w tygodniową śpiączkę, podczas której doznaje rozległej wizji – trafia do świata nazywanego Comatorium, zamieszkiwanego przez postacie, które stworzył jeszcze za życia, jako rysunki.

Może na tym poprzestanę zdradzanie fabuły, która faktycznie jest bardzo, bardzo fajna, a zajmę się warstwą muzyczną. I tak „De-loused in the Comatorium” jest, jakkolwiek, po przeczytaniu wcześniejszego akapitu, dziwnie to zabrzmi, najbardziej standardową płytą formacji. Składa się z niezbyt długich (średnia trwania to 6 minut) dziesięciu utworów. Omar, główny kompozytor odwalił kawał wyśmienitej roboty, umieszczając w godzinnym albumie elementy progresywnego rocka, latynoskiego jazzu, delikatnej elektroniki, i świetnej, wykraczającej poza wszelkie ramy gatunków, gitary (której zresztą jest prawdziwym magikiem). Muzyka niejednokrotnie imituje dźwięki otoczenia, owadów, czy stworzeń, od jakich roi się w głowie Cerpin’a. Wszystko to oczywiście tylko połowa, ponieważ Cedric jako wokalista spisuje się świetnie, zdecydowanie lepiej niż kiedykolwiek będąc w At the Drive-In. To głównie jego głos tworzy bardzo cierpki, niepokojący klimat, potęgowany wielokrotnie przez zawiłe, enigmatyczne, pełne symboliki teksty.

Dodatkowym atutem dzieła jest oprawa graficzna autorstwa Storma Thorgerson’a (szczególnie polecam zobaczenie odwrotu okładki). Ponadto, dobrym dopełnieniem wyobrażenia o świecie Comatorium jest teledysk do utworu „Televators„).

Album mogę z czystym sumieniem polecić wszystkim szukającym ambitnego, skomplikowanego słuchania, wymagającego skupienia i ciekawości, które zachwyca nie tylko warstwą muzyczną, ale również, a może i przede wszystkim, przedstawioną historią.