The Mars Volta „De-loused in the Comatorium“

Tomek — 01.12.2009 — MuzykaKomentarze (1) — Tagi: , , ,

The Mars Volta“ to pomysł dwóch muzy­ków — Omara Rodriguez’a-Lopez’a i Cedrixa Blixer’a-Zavala (hell to the yeah, to było trudne), zało­żony w 2001 roku, nie­długo po roz­pa­dzie ich poprzed­niej for­ma­cji — At the Drive-In. Oczy­wi­ście, w pro­jek­cie uczest­ni­czy wielu innych muzy­ków, nie­mniej ta dwójka to filary grupy.

De-loused in the Coma­to­rium“ to wydany w 2003 album kon­cep­cyjny, oparty na krót­kiej powie­ści Cedrica i Jeremy’ego Ward’a, która z kolei oparta została na życiu i śmierci dobrego przy­ja­ciela woka­li­sty — arty­sty Julio Venegas’a. Nie wiem, czy jego życie było o coś oparte. Warto wspo­mnieć, że to wła­śnie debiut jest naj­więk­szym, zarówno komer­cyj­nie, jak i kry­tycz­nie, osią­gnię­ciem grupy.

Histo­ria, przed­sta­wiana z per­spek­tywy pierw­szej osoby, opo­wiada o czło­wieku imie­niem Cer­pin Taxt, nar­ko­ma­nie, który chcąc popeł­nić samo­bój­stwo, wstrzy­kuje sobie dożyl­nie obfitą mie­szankę mor­finy i tru­ci­zny na szczury. Nie­stety fakt, że jest uod­por­niony na ów sub­stan­cje powo­duje zapad­nię­cie Taxt’a w tygo­dniową śpiączkę, pod­czas któ­rej doznaje roz­le­głej wizji — tra­fia do świata nazy­wa­nego Coma­to­rium, zamiesz­ki­wa­nego przez posta­cie, które stwo­rzył jesz­cze za życia, jako rysunki.

Może na tym poprze­stanę zdra­dza­nie fabuły, która fak­tycz­nie jest bar­dzo, bar­dzo fajna, a zajmę się war­stwą muzyczną. I tak „De-loused in the Coma­to­rium“ jest, jak­kol­wiek, po prze­czy­ta­niu wcze­śniej­szego aka­pitu, dziw­nie to zabrzmi, naj­bar­dziej stan­dar­dową płytą for­ma­cji. Składa się z nie­zbyt dłu­gich (śred­nia trwa­nia to 6 minut) dzie­się­ciu utwo­rów. Omar, główny kom­po­zy­tor odwa­lił kawał wyśmie­ni­tej roboty, umiesz­cza­jąc w godzin­nym albu­mie ele­menty pro­gre­syw­nego rocka, laty­no­skiego jazzu, deli­kat­nej elek­tro­niki, i świet­nej, wykra­cza­ją­cej poza wszel­kie ramy gatun­ków, gitary (któ­rej zresztą jest praw­dzi­wym magi­kiem). Muzyka nie­jed­no­krot­nie imi­tuje dźwięki oto­cze­nia, owa­dów, czy stwo­rzeń, od jakich roi się w gło­wie Cerpin’a. Wszystko to oczy­wi­ście tylko połowa, ponie­waż Cedric jako woka­li­sta spi­suje się świet­nie, zde­cy­do­wa­nie lepiej niż kie­dy­kol­wiek będąc w At the Drive-In. To głów­nie jego głos two­rzy bar­dzo cierpki, nie­po­ko­jący kli­mat, potę­go­wany wie­lo­krot­nie przez zawiłe, enig­ma­tyczne, pełne sym­bo­liki teksty.

Dodat­ko­wym atu­tem dzieła jest oprawa gra­ficzna autor­stwa Storma Thorgerson’a (szcze­gól­nie pole­cam zoba­cze­nie odwrotu okładki). Ponadto, dobrym dopeł­nie­niem wyobra­że­nia o świe­cie Coma­to­rium jest tele­dysk do utworu „Tele­va­tors“).

Album mogę z czy­stym sumie­niem pole­cić wszyst­kim szu­ka­ją­cym ambit­nego, skom­pli­ko­wa­nego słu­cha­nia, wyma­ga­ją­cego sku­pie­nia i cie­ka­wo­ści, które zachwyca nie tylko war­stwą muzyczną, ale rów­nież, a może i przede wszyst­kim, przed­sta­wioną historią.

  • 9 / 10

Jeden komentarz

  1. […] Mars Volta” zawo­jo­wała, można powie­dzieć, prze­mysł roc­kowy w 2003, wypusz­cza­jąc “De-loused in the Coma­to­rium“. Zaskar­bili sobie przez to wielu zwo­len­ni­ków, któ­rzy nie­cier­pli­wie wypa­try­wali następcy […]

Dodaj komentarz