Jak pisałem przy okazji recenzowania „Ordo Ad Chao„, dość słabo znam black metal. Jednak, głównie przez ciekawość, zapoznaje się z tym gatunkiem coraz bardziej. A robiąc to, ciężko jest ominąć projekt Burzum, uważany za jednego z tuzów gatunku. Najpopularniejsza ich płyta – „Filosofem”, i ostatnia nagrana jeszcze kiedy Varg Vikernes był na wolności, wpadła mi w ręce dość dawno, jednak dopiero kilka dni temu się z nią zapoznałem.

Płytę otwiera „Burzum”, szybko rozkręcający się utwór o dość szybkiej stylistyce, z ostrymi gitarami, i niezłym wokalem. Ten przechodzi gładko w „Jesu død” – najlepszy kawałek na krążku. Również szybki, jednak bardziej agresywny, cięższy, dużo bardziej klimatyczny. Trzeci utwór jest bez niespodzianek, utrzymany w stylistyce dwóch poprzednich.

Zmiana następuje przy okazji „Decrepitude I”. Oparty na dość niewyraźnej, skrzeczącej gitarze, delikatnych klawiszach i niskich wokalach, depresyjny i ciężki dość dobrze zaczyna drugą połowę albumu. Niestety przedostatni kawałek – „Rundtgåing av den transcendentale egenhetens støtte” zawodzi, głównie przez to, że trwa 25 minut i jest bardzo, bardzo nudny. To znaczy, na początku jest nieźle, ale im dłużej leci, tym bardziej te kilka dźwięków zlewa się w mętną, nieskończoną maź nudy (serio). Na szczęście „Decrepitude II” poniekąd ratuje sytuacje, przypominając stylistycznie swoją pierwszą część.

Podsumowując, gdyby nie cholernie nudny i ciągnący się w nieskończoność piąty utwór, to byłby świetny album. A tak, nadal jest dobry, ponadto, wciskając „skip” gdzieś po pięciu minutach trwania. „Rundtgåing av den transcendentale egenhetens støtte” zyskuje jeszcze więcej.