"District 9"

Tak, po „Moon„, przyszedł czas na recenzję drugiego głośnego filmu sci-fi z 2009 roku, czyli „District 9″. Dzieło amatora Neilla Blomkamp’a, i Petera Jacksona.

Ogólnie cała historia powstania filmu jest dość ciekawa. W 2007 Blomkamp zrealizować krótki metraż „Alive in Joburg”, który z kolei wpadł w ręce twórcy filmowego „Władcy Pierścieni”. Jackson tak się zachwycił, że postanowił sfinansować pełnometrażowy film, rozwijający pomysł Afrykańczyka. Co jeszcze ciekawsze, prace trwały dość spokojnie, nie pamiętam, żebym był ostrzeliwany informacjami o realizacji. Z drugiej strony, teraz promocja ruszyła pełną parą, i film nieskromnie otrzymał w Polsce miano „Łowcy Androidów XXI wieku”, co, owszem, jest nieporozumieniem.

Akcja filmu toczy się w Południowej Afryce, gdzie kilka lat wstecz znalazł się statek kosmiczny. Wielki latający talerz po prostu sobie lewitował. Ludzi zjadała jednak ciekawość, i postanowili tam zerknąć. Znaleźli wycieńczonych i chorych obcych, więc zabrali ich do siebie. Obecnie, po 20 latach, przybysze mają już swoje miasteczko, lecz, niestety, nie wiedzie im się dobrze. Domy budowane z resztek i odpadów, masa śmieci wokoło, głód, kilkunastoosobowy gang Afrykanów terroryzujący wszystkich, i oczywiście prostytucja między rasami. Naturalnie jest też niezadowolenie mieszkańców. Rząd RPA postanawia coś z tym zrobić, zlecają przedsiębiorstwu zarządzającemu dystryktem przesiedlenie „krewetek” (bo tak nazywają ich Afrykańczycy). Aby to zrobić, wymagane są podpisy kosmitów, czyli trzeba oddelegować grupę ludzi, która je zbierze. Wybór pada na Wikusa (pseudonim Dickus), zięcia jednego z zarządzających wspomnianą korporacją. Niestety, niespodziewanie, coś idzie nie tak – protagonista zostaje wystawiony na kontakt z obcą substancją, która powoli, acz sukcesywnie zmienia go… tak, właśnie, zmienia go w obcego. Od tej pory musi uciekać, znaleźć sprzymierzeńców, i dowiedzieć się, jak pozbyć się tych bonusów.

Film jest realizowany dwoma technikami – pierwsza, występująca głównie na początku filmu, to mockumentary. Dostajemy wywiady z ludźmi z otoczenia Wikusa, zdjęcia z kamer (także przemysłowych), i znany montaż. Druga to „normalny” film, i to występuje bardziej dynamicznej części obrazu.

Podział filmu na dwie części nasuwa się sam, nie tylko ze względu na środki realizacji. W drugiej części (nie połowie, to tak 3/5 czasu trwania) motywem przewodnim, o dziwo, nie jest desperacja walka o odzyskanie człowieczeństwa (bo to jest tło), tylko czysta, znana z Hollywood, akcja. Okazuje się, że obcy mają dość spory arsenał (który, za kocią karmę, stopniowo odkupują od nich wspomniany gangsterzy, mimo że ich DNA nie pozwala z uzbrojenia korzystać), i bohater, który teraz już jest po części kosmitą, może z niego korzystać!

Wydaje się, że Blomkampowi albo zabrakło pomysłów (bo pierwsza część naprawdę trzyma w napięciu i ciekawi), albo bał się, że 30 milionów dolarów od Jacksona nie zwróci się bez wybuchów i krwi (no, może miał trochę racji). Tak czy inaczej, jestem dość zawiedziony, szczególnie po tym, jak duża część krytyków przyklasnęła „District 9″ z całych sił, a i fanów nie brakuje. Tak czy inaczej, warto zobaczyć przy okazji, ale nie nastawiajcie się na mocne przeżycia, bo film jest mocno uproszczony, na końcu dosłownie cukierkowy, i na pewno nie jest to „Łowca Androidów XXI wieku”.