Moon“

18.11.2009 — FilmKomentarze (1) — Tagi:

Rok 2009 jest dum­nie nazy­wany „rokiem science-fiction“, z dwóch powo­dów. Pierw­szy to „District 9″ Neilla Blomkamp’a, drugi to „Moon“ Dun­cana Jones’a. I to tym dru­gim chcę napisać.

Akcja filmu toczy się na Księ­życu, w sta­cji Sarang. Praca tam polega głów­nie na doglą­da­niu olbrzy­mich maszyn wydo­by­wa­ją­cych gaz Hel 3, będący ide­al­nym źródłem ener­gii eko­lo­gicz­nej dla Ziemi. Główną (i tak naprawdę jedyną) posta­cią jest Sam (chyba pierw­sza rola Roc­kwella, która mi się podoba) — inży­nier (chyba), koń­czący wła­śnie swój trzy­letni kon­trakt. Jest co prawda w sta­łym kon­tak­cie z żoną i współ­pra­cow­ni­kami (za pomocą wideo-listów), ale bar­dzo doku­cza mu samot­ność. Jedy­nym towa­rzy­szem Bell’a jest sztuczna inte­li­gen­cja, GERTY (bar­dzo dobry voice-acting Kevina Spa­cey), przy oka­zji peł­niąca rolę leka­rza i „zastępcy“ czło­wieka, w nagłych wypadkach.

Całość, z początku, wygląda tak, jakby pro­ta­go­ni­sta zaczął mie­wać pro­blemy umy­słowe, co zresztą wydaje się dość oczy­wi­ste po trzech latach w samot­no­ści. Zwrot nastę­puje, kiedy Sam, jadący by napra­wić jedną z maszyn, ulega wypad­kowi. Następ­nie budzi się w bazie, z obja­wami wstrząsu mózgu. I wszystko byłoby faj­nie, tylko strasz­nie cią­gnie go, by wyjść na zewnątrz, a kom­pu­ter, nie dość, że zdaje się coś „kom­bi­no­wać“, to jakby na złość, nie chce go wypu­ścić. Gdy w końcu, po wielu proś­bach udaje mu się wydo­stać, znaj­duje swój wrak, a w nim… siebie.

Tak rysuje się pierw­sza „część“ filmu Jonesa. Potem histo­ria robi się cie­kaw­sza, a widz coraz moc­niej zasta­na­wia się, o co tu tak naprawdę cho­dzi. Reży­ser, wraz ze sce­na­rzy­stą pro­wa­dzą z oglą­da­ją­cym swo­isty dia­log, zapra­sza­jąc go raz po raz, w coraz to dal­sze obszary nie tylko nama­cal­nego Saranga, ale i ludz­kiej psy­chiki i filo­zo­fii z nią zwią­za­nej. Pozo­sta­wiają przy tym dowol­ność inter­pre­ta­cji prak­tycz­nie każ­dej minuty obrazu.

Na osobny aka­pit zasłu­guje tu oprawa. Baza jest wyko­nana bar­dzo dro­bia­zgowo, jed­nak sku­tecz­nie pozbyto się nad­miaru świa­teł, przy­ci­sków i wysta­ją­cych rur, zna­nych z wielu fil­mów tego gatunku. Powierzch­nia Księ­życa to puste, jałowe i przy­gnę­bia­jące miej­sce, niebo, mimo że piękne i gwieź­dzi­ste, jed­no­cze­śnie jest zimne i zło­wro­gie. Muzyką z kolei, zajął się, dość popu­larny ostat­nio, Clint Man­sell, i cho­ciaż nie jest to dzieło wybitne, to zdaje egza­min. Druga sprawa, że nie poja­wia się zbyt czę­sto, co potę­guje jesz­cze uczu­cie pustki i odosob­nie­nia w kosmosie.

Reasu­mu­jąc, film jest nie­zły, mimo pozor­nej pro­stoty zosta­wia dużo miej­sca na inter­pre­ta­cje, i mimo niskiego budżetu zachwyca wizu­al­nie. Z dru­giej jed­nak strony ma kilka wad, naj­waż­niej­szy z nich to wdzie­ra­jąca się w dru­giej poło­wie filmu mono­to­nia, i prze­wi­dy­wal­ność fabuły. Nie­mniej jed­nak, pole­cam. Z pew­no­ścią to lep­szy film, niż gło­śne „District 9″. 3.5/5 na RYMie.

Aha, opium.org.pl ma bar­dzo fajny wywiad z mło­dym Jones’em. Warto poczytać.

  • 7 / 10

Jeden komentarz

  1. […] po “Moon“, przy­szedł czas na recen­zję dru­giego gło­śnego filmu sci-fi z 2009 roku, czyli […]

Dodaj komentarz